Po opuszczeniu Stolicy skierowaliśmy się ku górom. Wysoka, zielona trawa lekko kołysała się na wietrze. Wokół polnych, wiosennych kwiatów głośno brzęczały pszczoły. Ptaki latały nad nami kracząc, inne przysiadały na gałęziach pojedynczych suchych drzew i śpiewały swe wesołe pieśni. Nie tak daleko pod nami rozciągały się małe wsie. Nigdy nie miałam prawdziwego domu, nigdy nie czułam się całkowicie bezpieczna, a teraz, po raz pierwszy w życiu, tak nie wiele brakowało, bym poczuła się naprawdę wolna. Lecz nie byłam. I nie wiedziałam, czy bogowie pozwolą mi jeszcze kiedykolwiek, tak bardzo zbliżyć się do wolności.
Milczeliśmy, rozkoszując się ciszą i spokojem jaki panował poza miastami. Do tej pory nie napotkaliśmy żadnych problemów. Podziwiałam więc wspaniałe widoki, nie zapominając jak ważne jest nasze zadanie.
Ja i Peter jechaliśmy z przodu. William i Gilbert podążali tuż za nami. Kiedy zaczęli cicho rozmawiać postanowiłam zagadać brata, który od początku wędrówki nie obdarzył mnie ani chwilowym spojrzeniem.
- Jesteś na mnie zły? - zapytałam.
Nie odpowiedział. Wpatrywał się w swoje dłonie, kurczowo zaciśnięte na siodle. Wydawał się myślami być w zupełnie innym miejscu. Kiedy byliśmy młodsi pewna starsza kobieta, która okazała nam serce i życzliwość przyjmując pod swój dach i wykarmiając, opowiedziała nam historię o wędrujących duszach żywych. Nie pamiętałam szczegółów tej opowieści, ale wiedziałam, że dusza Petera właśnie gdzieś sobie powędrowała, a skoro to on jest naszym przewodnikiem, wypadałoby ją przywołać z powrotem.
- Hej! - zawołałam tak by nie przestraszyć koni.
Peter drgnął prostując się gwałtownie. Podniósł głowę i popatrzył na mnie zdezorientowany.
- Musisz się tak skupiać, żeby zauważyć drogę, prowadzące nas świetliki czy jak to tam wygląda? - zapytałam.
- Nie. Nie, nie muszę - pokręcił głową - Po prostu się zamyśliłem. Przepraszam. Mówiłaś coś?
- Jesteś na mnie zły za rano, prawda?
Peter zajrzał przez ramię, sprawdzając czy William może nas podsłuchać. Książę jednak żywo dyskutował o czymś z Gilbertem.
- To już nie ważne, Evangelino - Peter nie patrzył na mnie - Wiedz, że miałaś szczęście. Ogromne szczęście. To mogło się naprawdę źle skończyć. Następnym razem milcz i potem powiedz mi, jeżeli koniecznie musisz się wyżalić.
- Dobrze, ale czy ty naprawdę myślisz, że ten rozpieszczony... - zaczęłam unosząc się gwałtownie.
- Przestań - przerwał mi Peter. W jego głosie pobrzmiewała irytacja - Mówię poważnie. Masz więcej szczęścia niż rozumu. Uważasz, że tak będzie już zawsze? Któregoś dnia słono za to zapłacisz.
Denerwowało mnie to, że mimo iż byliśmy bliźniakami, to Peter zawsze mnie pouczał, dawał lekcje i zwracał uwagę. A ja nie mogłam się nigdy doczepić do jego zachowania. Ponieważ mój brat był idealny! Wszystko zawsze miał starannie zaplanowane, bezbłędnie radził sobie wszędzie, we wszystkim, nie zależnie od warunków. To co mówił, zawsze było mądre i roztropne. Nigdy nikomu się nie narzucał, nikomu się nie przeciwstawiał. Pozostawał niewidzialny. Gdyby nie był moim bratem, nie mielibyśmy ze sobą nic wspólnego, nie polubilibyśmy się zanadto. Byłam całkowitym przeciwieństwem cichego, spokojnego i małomównego Petera. Dlatego tak zaskoczyła mnie jego reakcja dzień wcześniej, kiedy wymusił obietnicę oddania nam wolności na Edwardzie. Podziwiałam też to, że tak długo wytrzymał na torturach, nie zdradzając swoich magicznych umiejętności. Ogólnie podziwiałam go za wszystko. I za to też nie mogłam go znieść.
Nie chciałam znów przyznawać mu racji, ale musiałam.
- Przepraszałam już - powiedziałam unikając jego wzroku - Ale przeproszę jeszcze raz. I dodam, że ty też nie jesteś idealny - i znów słowa zaprzeczyły myślom.
Peter zaśmiał się krótko, ale wyczułam w tym śmiechu wielki smutek. Popatrzyłam na niego z ukosa.
- Obiecałam sobie, że będę już nad sobą panować - rzekłam - Ale nie gniewaj się już na mnie.
Peter pokręcił głową.
- Nie gniewam się. Nie o to chodzi.
- To o co? - zapytałam bez wahania.
Tym razem Peter spojrzał mi prosto w oczy. Milczał przez długą chwilę, więc zaczęłam czuć się niezręcznie.
- Próbujesz mnie przestraszyć? - spytałam, starając się rozluźnić atmosferę.
Chłopiec jeszcze raz obejrzał się na Williama. Następnie nachylił się do mnie i szepnął:
- Mam do ciebie wielką prośbę, siostro, ale musisz obiecać mi, że się zgodzisz.
Popatrzyłam na niego pytająco. Nagle poczułam dziwny niepokój.
- Peter, o czym ty mówisz? Co się stało?
- Obiecaj mi - naciskał.
- Nie mogę ci niczego obiecać, póki nie wiem o co ci chodzi - zauważyłam.
Na twarzy chłopca malował się najprawdziwszy ból.
- To nie takie trudne. Zrobisz to w nocy, kiedy oni będą spać - wskazał głową na Williama i Gilberta.
Te słowa napawały mnie strachem. Do głowy przychodziły mi same czarne scenariusze.
- Mów, co masz na myśli - rozkazałam - Co zrobię?
Peter przygryzł wargi, zapewne zastanawiając się, czy powinien się w ogóle odzywać.
- Peter! - niemal krzyknęłam.
- Uciekniesz - szepnął tak cicho, żebym tylko ja mogła go usłyszeć.
Zrobiłam wielkie oczy.
- Peter... Co... Co ty? - zająknęłam się.
- Uciekniesz, zrozumiałaś? - jego głos drżał - Uciekniesz jeszcze tej nocy. Pomogę ci.
- Nie mogę.
- Możesz. Musisz.
- Nie mogę, bracie. Obiecałam.
- Mów ciszej - upomniał mnie - Uciekniesz. Tym razem nie możesz się sprzeciwiać.
- Ale dlaczego? - upierałam się - Przecież ten plan może się powieść...
- Nie, nie może - warknął przerywając mi.
- Dlaczego? - powtórzyłam.
Naprawdę zdążyłam się już przekonać do tego pomysłu. Mimo wszystkich możliwych niebezpieczeństw, mogłam w końcu spotkać ojca, dowiedzieć się więcej o sobie, o świecie, w którym przyszło mi żyć. A teraz własny brat, który powinien to zrozumieć jak nikt inny, każe mi uciekać.
- Nie dyskutuj, Evangelino - powiedział - Zrobimy to. Ty to zrobisz.
- A co będzie z tobą?
Zastanowił się przez chwilę.
- Ja pójdę dalej - rzekł nie patrząc już na mnie.
Nagle poczułam jak wzbiera się we mnie złośc.
- Co ty sobie w ogóle wyobrażasz? - wycedziłam.
- Ciszej. Jakoś potem się spotkamy, albo... albo...
- Próbujesz coś udowodnić? Nie możesz mi wytłumaczyć, co to wszystko znaczy?
- O czym tam tak szepczecie? - zawołał William z tyłu.
- Sprawy rodzinne - odpowiedziałam - Kłócimy się kogo z nas mama bardziej kochała.
William wbił się na swoim koniu między nas. Miałam ochotę krzyczeć mu w twarz, byłam wściekła, ale pohamowałam się.
- Rzeczywiście, poważny problem - odparł William - Nie ma dnia by moje siostry nie próbowały pozabijać się wzajemnie z tego samego powodu. Ale wydaje mi się, że powinniśmy się zając aktualniejszymi problemami.
Wyciągnął rękę i wskazał przed siebie. Spojrzałam i uderzyłam się dłonią w czoło. Kilka metrów przed nami płynęła woda. Duże nachylenie zwiększało jej szybkość.
- Rzeka! - wykrzyknęłam.
- Istotnie - przytaknął William - A w niej ryby, zapewne.
Spiorunowałam go wzrokiem, ale nie odezwałam się.
- Nie jest bardzo szeroka, trzydzieści metrów najwyżej - Gilbert przystanął obok - Chyba nie mamy wyjścia i musimy przez nią przejść.
- Szerokość to nie taki duży problem - odparł książę - Nasze konie są silne. Woda spływa szybko, ale kiedy zejdziemy z koni, spokojnie damy radę - spojrzał na Petera - Mówiono mi, że masz nieludzką umiejętność, dzięki której odnajdujesz drogę do Kalaidary.
Peter wzruszył ramionami.
- Bo mam, ale to nie oznacza, że nie mogę się mylić - odparł.
- Wolałbym, żebyś lepiej się nie mylił. Ta rzeka wygląda na dość głęboką. Konie mogą nie przepłynąć. Mam nadzieję, że macie w zanadrzu jeszcze jakieś swoje magiczne sztuczki?
Wymieniłam porozumiewawcze spojrzenia z Peterem.
- Mogłabym spróbować przechylić to drzewo, ale i tak jest za krótkie - powiedziałam z po wątpieniem.
- A konie nie przejdą przez tak cienkie i słabe drzewo - dodał William zamyślony.
Przewróciłam oczami.
- Nawet nie masz pojęcia, książę, jak bardzo denerwują mnie ludzie, którzy mówią tylko o koniach i o sobie samym - rzekłam.
William podrapał się po brodzie.
- W takim razie, teraz wiem o czym mam mówić częściej. Mój koń i ja jesteśmy głodni.
- Ja tu chyba umrę...
- Cudownie, mój koń i ja będziemy mieli co jeść.
Peter wyprostował się nagle.
- Most - powiedział.
- Co? - spytał Gilbert.
- Przejdziemy mostem - odpowiedział mój brat. Uśmiechnął się do nas promiennie i obrócił konia. Ruszył w stronę rzeki.
William błądził wzrokiem od niego do mnie.
- Most? - zapytał w końcu - Tutaj? Tutaj nie ma mostu, Peterze. Nakładamy drogi.
- Jest most - powtórzył Peter - A widzisz inne wyjście niż nadłożenie drogi i znalezienie go? Możemy przejść przez rzekę, ale wtedy musielibyśmy porzucić konie.
- Oczywiście, że widzę inne wyjście - odparł dumnie William.
- Przeniesiesz konia na plecach? - zażartowałam.
- Podobno mam do czynienia z wiedźmą i czarnoksiężnikiem. Sprawcie, że przelecimy przez rzekę.
Ponownie uderzyłam dłonią w głowę.
- Bogowie, on ma rację! - wykrzyknęłam - Peter, książę ma rację! Williamie, wiedz, że jesteś największym geniuszem jaki chodził po tej ziemi. Sprawimy, że wyrosną nam skrzydła ptaków i zwyczajnie przelecimy.
- Sarkazm. Zrozumiałem. Przestań - William machnął ręką w moim kierunku, jakby próbował odgonić natrętną muchę.
- Gdyby była taka możliwość, książę, już dawno byśmy to zrobili. Nie jesteśmy głupi. Możesz nie wierzyć, ale to że jesteśmy, jak wy to mówicie: Przeklęci, nie oznacza że potrafimy zrobić wszystko. Gdyby tak było, nie było by nas tutaj, tylko mieszkalibyśmy w zamku piękniejszym niż twój, a wieczorami...
- Bogowie, jak ona gada! - zawołał William - Peter, jak ty z nią wytrzymujesz tyle lat?
Peter będąc już daleko, tylko wzruszył ramionami.
- Po prostu ją ignoruję i tylko udaję, że słucham.
- Ej! - wykrzyknęłam.
William zaśmiał się i podążył za Peterem. Ja i Gilbert ruszyliśmy za nimi. Po chwili zorientowałam się, że mój brat i książę rozmawiają o mnie.
- Chłopcy są okropni! - stwierdziłam.
- Wiedźmy wcale nie lepsze! - odkrzyknął William nawet się nie obracając.
- Peter! On mnie obraża! Powiedz mu coś.
- Nie obrażam. Mówię prawdę - poprawił mnie książę - Prawdy bolą.
- Wiem, ale tę prawdę już znam. Więc daruj sobie - burknęłam - Nóż został już wbity, a ty niepotrzebnie popychasz go głębiej.
Ku mojemu zdziwieniu William umilkł. Kontynuował jednak swoją rozmowę z drugim chłopcem na mój temat, dopóki nie dotarliśmy do mostu.
Peter miał rację. Zaledwie kilometr od miejsca, gdzie się zatrzymaliśmy, dwa sąsiednie wzgórza łączył most. Był linowy, deska ułożona przy desce. Jego szerokość pozwalała pomieścić dużego konia. Mimo wszystko nie wyglądał niebezpiecznie. Woda płynęła jakieś pięćdziesiąt metrów pod nim.
Gilbert uważnie przyjrzał się konstrukcji.
- Wygląda solidnie - stwierdził - Najlepiej by na początku poszła jedna osoba.
- Dobrze, więc... - zaczęłam.
- Ja pójdę - zadeklarował Gilbert pewnym głosem.
William i Peter odsunęli się, robiąc miejsce rycerzowi. Jego biała klacz weszła na pierwsze deski i powoli zaczęła się przesuwać na drugą stronę.
- Wszystko dobrze - zawołał Gilbert, gdy był prawie w połowie mostu - Musieli go nie dawno zbudować i wygląda na to, że zrobili to porządnie. Wchodźcie, ale pojedynczo i powoli.
Ruszyłam pierwsza. Chwilę po mnie na most wkroczył William, następnie Peter. Powoli przemieszczaliśmy się przez most, kiedy nagle usłyszałam głośne trzaśnięcie. Zatrzymałam konia przestraszona.
- Słyszeliście? - zapytałam nasłuchując.
Pozostali także stanęli.
- Co to było? - spytał Peter.
Ja wiedziałam. Tego odgłosu nie dało się z niczym innym pomylić.
Usłyszałam jak Gilbert głośno przełyka ślinę.
- Pęknięta lina - powiedział pustym głosem.
Spojrzałam we wskazywanym przez niego kierunku i serce we mnie zamarło.
- A nawet dwie - dodałam.
Dwie liny na wzgórzu przed nami, które przywiązane do wbitych w ziemię słupków, podtrzymywały most, były pęknięte. Nie. Nie pęknięte. Przecięte. Powoli stawały się coraz cieńsze i cieńsze.
- Trzy i cztery - powiedział William za mną.
Odwróciłam głowę i poczułam się jeszcze gorzej. Teraz już wszystkie liny były zniszczone. Powoli stawały się coraz cieńsze i cieńsze. Wszyscy wiedzieliśmy, co to oznacza. Byliśmy w pułapce.
Rozdział wcześniej ponieważ nie będzie mnie w sobotę. Mam nadzieję, że się podoba ^^
Pozdrawiam!
Cassandra
Okej, kolejny rozdział.
OdpowiedzUsuńRozdział jest świetny. Być może coś przegapiłam, ale naprawdę zawsze mi się wydawało, że Peter jest starszy od Evangeliny. Być może dlatego, że Peter jest taki rozsądny, a ona zachowuje się jak rozkapryszone dziecko.
Rozbawiła mnie ta przepychanka pomiędzy księciem a rodzeństwem,.
Kurcze, ciekawe jak się z tego wyplączą. Szkoda, że nie spróbowali wchodzić pojedynczo xD
Pozdrawiam!