Późnym południem usłyszałam głośne trzaśnięcie w zamku. Gwałtownie podniosłam głowę i otworzyłam oczy. Jeszcze przed chwilą mój wyczerpany po długiej, nieprzespanej nocy umysł odpływał w krainę snu, ale natychmiast się rozbudziłam. Utkwiłam wzrok w drzwiach wyczekując. Utworzyły się i do ciasnej celi weszli moi cudowni znajomi. Sebastian i Gilbert stanęli w miejscu i przyglądnęli się mi badawczo. Westchnęłam zniecierpliwiona.
- Dajcie spokój, nie jestem aż taką złą wiedźmą - odezwałam się zachrypniętym, zmęczonym głosem - Nie przeklinam kogo popadnie, a gdybym nawet próbowała was zabić, wydałabym na siebie wyrok śmierci.
- Skąd wiesz, że już go nie dostałaś? - Sebastian podniósł brew.
Wyprostował się i dumnie wypiął swoją pierś, a tym samym wydatny brzuch. Wydawało się, że dodałam mu odwagi i natychmiast pożałowałam, że się odzywałam. Chciałam tylko, żeby się nie ociągali z tym co mają mówić, bądź robić, a nie żeby przestali się mnie bać. Naprawdę nie miałam zamiaru robić już komukolwiek więcej krzywdę ale to, że ludzie odczuwali strach w stosunku do mnie, dawało mi chociaż trochę więcej ulgi i korzyści.
To co powiedział rycerz też nie zabrzmiało obiecująco. Przejęta powoli oparłam się o ścianę. Utworzyłam usta chcąc coś powiedzieć, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
- Wydano na mnie wyrok śmierci? - wyjąkałam tak cicho, że ledwie słyszalnie. Łzy ponownie stanęły mi w gardle i zaczęły dusić.
Gilbert obrzucił towarzysza pogardliwym spojrzeniem.
- Oszczędź sobie, bracie - powiedział po czym zwrócił się do mnie - Nikt nic takiego nie powiedział. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Lord Edward ma wobec ciebie i twojego brata inne plany.
Nim zdążyłam się odezwać podszedł i przyklęknął przede mną. Podał mi nieduży dzban. Odebrałam go trzęsącym rękoma.
- To woda. Napij się - polecił Gilbert. Głos miał łagodniejszy.
- Dziękuję - powiedziałam.
Popatrzyłam na niego, ale on spuścił wzrok. Przechyliłam dzban i wlałam całą jego zawartość do ust. Nie zdawałam sobie dotąd sprawy jak bardzo jestem spragniona. Chłodna woda spłynęła po moim gardle przynosząc ulgę. Wypiłam wszystko do ostatniej kropli i wciąż chciałam więcej.
- Jeszcze? - wycharczałam słabo.
Gilbert potrząsnął głową. Westchnęłam zrezygnowana, ale byłam wdzięczna choć za tę odrobinę.
- Jakie ten troll ma plany wobec nas? - spytała.
- Nie mam pojęcia. Nie byliśmy obecni na dzisiejszym Zebraniu Rady - odpowiedział młody rycerz - I żaden troll, wiedźmo, tylko Lord Edward.
Zaśmiałam się krótko.
- Ale domyśliłeś się o kim mówię - zażartowałam.
Gilbert uśmiechnął się słabo.
- Masz rację - odparł - Ma coś z trolla.
Podniósł głowę i nasze spojrzenia się skrzyżowały. W jego zielonych dużych oczach błyszczały iskierki radości oraz współczucie i dziwny smutek. Po raz pierwszy popatrzyłam na niego nie jak na człowieka- marionetkę, który na rozkazy wyrządza mi krzywdę i sprawia przykrość. Wydawał się być zwykłym, ciepłym chłopakiem, który dopiero co został mianowany rycerzem. Był niewiele starszy ode mnie.
Ale nazwał mnie wiedźmą. On nie był moim przyjacielem.
- Dobra, dosyć tego - odezwał się Sebastian, który przez cały czas stał w drzwiach - Lord Edward i członkowie Rady chcą się z tobą zobaczyć, przeklęta dziewczyno.
Dźwignęłam się na nogi z wysiłkiem. Sebastian objął jedno moje ramię, Gilbert drugie. Cieszyłam się z tego, ponieważ z trudem stałam o własnych siłach. Wyprowadzili mnie z celi i poprowadzili przez te same korytarze co ostatnio. Zaczynałam się niepokoić, rozpoznając drogę. Przestraszałam się, że znów zabierają mnie na publiczne tortury. Nie miałam szans znieść tego drugi raz. Jednak rycerze skręcili i powędrowaliśmy wąskimi, stromymi schodami na górę. Schody zawijały się i dłużyły w nieskończoność. Kiedy w końcu przestaliśmy się wspinać, kręciło mi się w głowie.
Dotarliśmy do Sali Narad. Była większa niż się spodziewałam. Wielkie okna przysłonięto krwisto czerwonymi, grubymi zasłonami. W kątach ustawiono pozbawione kwiatów rośliny. Poza nimi w pomieszczeniu znajdował się tylko długi drewniany stół, okryty obrusem o tej samej barwie co zasłony i kilkanaście krzeseł. Wszystkie miejsca były pozajmowane. Kiedy przekroczyliśmy próg, poczułam jak skupia się na mnie co najmniej tuzin par oczu. Dojrzali mężczyźni, niektórzy już bardzo starzy wlepiali we mnie wzrok. Przed każdym znajdowała się lampka wina. Pośrodku stołu siedział Edward Orvosyln. Przyglądał mi się uważnie nienawistnym spojrzeniem. Odpowiedziałam mu tym samym.
Kilka metrów przed nim, na środku sali stał Peter. Był tyłem do mnie, pochylał się do przodu i widziałam, że z trudem trzyma się na nogach. Nie patrzył na Edwarda ani żadnego innego członka Rady.
Sebastian i Gilbert pozostawili mnie obok brata i dołączyli do pozostałych rycerzy; pod ścianą ustawił się rząd stojących na baczność, co najmniej trzydziestu mężczyzn w zbrojach. Dostrzegłam, że każdy trzyma w dłoni miecz. Ostre zakończenia groźnie połyskiwały w świetle słońca przedzierającego się przez zasłony. Przełknęłam ślinę i odwróciłam od nich wzrok. Zerknęłam na brata.
- Co się dzieje? - szepnęłam.
Przyłożył palec do ust nakazując mi milczenie. Wzrok miał utkwiony w podłodze.
Spojrzałam na Edwarda.
- Te miecze są zbędne, Lordzie - powiedziałam głośno - Nie jesteśmy niebezpieczni.
Peter ścisnął mocno moją dłoń, przywołując do prządku.
- Bądź cicho - syknął.
Edward zmierzył mnie swoimi zimnymi oczyma. Jego twarz wyglądała jak wyrzeźbiona w kamieniu.
- Chyba nie zdziwisz się, dziewczynko, jeśli powiem ci, że nie mamy do was dużego zaufania - odezwał się.
- Szkoda - wzruszyłam ramionami - Miałam nadzieję na przyjaźń.
Peter uderzył mnie łokciem w bok. Jęknęłam z bólu. Po wczorajszym dniu miałam boleśnie poobijane żebra.
- Po co to robisz? - warknął Peter. Mówił głośniej i w końcu na mnie spojrzał. W jego oczach prócz cierpienia i wycieńczenia kryło się zniecierpliwienie i irytacja.
- Traktowali nas podle - odpowiedziałam - Mam być im za to wdzięczna i składać pokłony?
- Nie potrzebujemy wdzięczności i pokłonów wieźmy - wtrącił Edward - Wystarczy odrobina należytego szacunku.
- To nie człowiek, panie - odezwał się jakiś starszy mężczyzna z końca stołu - Dla niej nie ma znaczenia, że jesteś Namiestnikiem Króla. Jej władcą jest ktoś inny. To potwór.
- Wolę być dobrym potworem niż złym człowiekiem - wypaliłam.
- Proszę! - krzyknął Peter. Głos miał przepełniony rozpaczą - Proszę, skończ i wysłuchaj ich.
Spojrzałam na niego rozwścieczona, ale zaraz złagodniałam. Mój brat był bliski płaczu i omdlenia. Patrzył na mnie z taką odrazą i zawodem, że poczułam wyrzuty sumienia. Posłusznie spuściłam głowę i zamilkłam.
Edward odezwał się dopiero po chwili.
- Proszę, a jednak łatwiej współpracuje się z chłopcem. Cóż, czy tego chcemy czy nie, ta dwójka to w połowie też ludzie. I mogą nam pomóż.
Powoli podniosłam głowę.
- Pomóż? Wam?
Edward przytaknął.
- Zawiodę cię, dziewczynko, ale z przyjaźnią musisz się pożegnać...
- Sprawiasz mi ból... - mruknęłam zniechęcona, ale Namiestnik chyba tego nie usłyszał. Bądź też nie chciał usłyszeć.
- Proponuję sojusz - kontynuował - Ile macie lat?
- Trzynaście - odpowiedział Peter - Jesteśmy bliźniakami.
- Są w wieku księcia Williama - zauważył mężczyzna siedzący po lewej Edwarda - Chyba, że stwory z Kalaidardy inaczej liczą lata.
Cudownie, wiadomość bez której bym nie przetrwała: mam tyle samo lat, co książę William. Kim jest, bogowie, książę William?
- Posłuchaj, dziewczynko - Edward zwrócił się do mnie - Rozmawialiśmy z twoim bratem. Długo to trwało, ale w końcu przekazał nam parę cennych informacji. Zechcesz się z nimi sam podzielić z siostrą, chłopcze?
Poczułam narastającą we mnie frustrację. Najpierw rozłączają nas i torturują a później udają, że hojnie darują nam prywatności. Mimo to odwróciłam głowę i spojrzałam na brata.
Zblednął jeszcze bardziej i unikał mojego wzroku. Na przemian otwierał i zamykał usta, przypominając tym rybę.
- Co się stało? - ponagliłam go - O czym oni mówią? Peter?
Peter odchrząknął.
- Ja... Ja wiem jak dostać się do tej całej Kalaidardy - wychrypiał.
Zrobiłam wielkie oczy.
- Słucham?
- Ja to czuję... Nie wiem, nie umiem ci tego wyjaśnić... Ja... - umilkł i zdałam sobie sprawę, że teraz już nic się od niego nie dowiem.
- Dokładnie - powiedział Edward - Żaden z ludzi nie zna drogi do Kalaidardy. Ale wy jesteście inni. W tej chwili nie interesuje mnie, czy ty też posiadasz tę umiejętność rozeznania się w terenie. Ważne, że twój brat ją ma - umilkł, jakby czekał na mój komentarz, ale nie odezwałam się. Kontynuował - Już od kilku długich miesięcy zanosi się na wojnę z tymi stworami, do których także należycie. Mój przyjaciel, jak również król całego naszego Królestwa, długo przygotowywał się, by wyruszyć na zwiady do Kalaidardy. Pragnął starać się tam o pokój. Mówiłem mu, że to pomyłka, że to bezsensu, żeby lepiej pierwszemu zaatakować. Ale Augustyn jak zawsze nie posłuchał ani mnie, ani nikogo innego. Powierzył mi opiekę nad Królestwem, zebrał małe wojsko i wyruszył, choć sam do końca nie wiedział gdzie.
Minęło już mnóstwo nocy, a po nim ani śladu. Nie wraca. Nie mamy od niego żadnych wiadomości. Byliśmy już prawie zdecydowani na rozpoczęcie ataku. Ale wtedy pojawiliście się wy i nasze plany uległy pewnym zmianą. Rozumiecie, że wojna to ostateczność. Oczywiście, jesteśmy na nią odpowiednio przygotowani, ale wolelibyśmy jej uniknąć. Co prawda, kiedyś byłem innego zdania, ale kiedy król tak niespodziewanie zniknął... Obecna tu Rada podjęła decyzję: przystąpimy do jeszcze jednej, ostatniej już próby. A wy, wasze pochodzenie, a z wami wasze umiejętności i moce jesteście niezbędni, by próba się powiodła.
- Niech zgadnę - powiedziałam - Mamy przetransportować cię, Lordzie, do Kalaidardy?
Edward zaprzeczył ruchem głowy.
- Król dał mi rozkaz; mam pilnować porządku tutaj. W wypadku wojny, ktoś musi być tu obecny, a ja jestem Namiestnikiem Króla - odparł - Jednak do Kalaidardy również nie może wybrak byle jaki chłop. To musi być ktoś choć w połowie tak ważny jak król. Nie dorosły jeszcze, następca tronu, młody książę William sam się zgłosił na tę wyprawę.
Wzruszyłam ramionami lekceważąco, chcąc pokazać, że obojętne mi jaki tytuł posiada tyłek, którym mam przetransportować. Lord Edward chyba dokładnie odczytał moje myśli, bo ściągnął brwi w złości.
- To poważna sprawa, wiedźmo, więc potraktuj ją poważnie - skarcił mnie Namiestnik - Jesteście w połowie ludźmi, w połowie Kalaiderczykami. Powinniście więc być neutralni. Chyba nie chcecie wojny, prawda? Śmierć, straty poniosą obie strony. Chcecie wojny?
Peter odpowiedział natychmiast:
- Nie.
Ja również pokręciłam głową.
- Nie chcę.
- Doskonale - rzekł Edward - Ja też. A ta wyprawa może być naszą jedyną szansą na jej uniknięcie. I chociaż ciężko mi to przyznać, wasza dwójka może być naszą ostatnią nadzieją. Oszczędziliśmy wam życie. Powinniście zostać publicznie ścięci za swoje pochodzenie i zbrodnie. Nie możecie się nie zgodzić. To równa się śmierci.
- Pójdziemy - powiedziałam bez zastanowienia. Czułam, że popełniam błąd, znowu nie wiem co robię. Ale nie chciałam, by mnie zabili. Nie po tym wszystkim przez co przeszłam.
Peter skinął głową i wymamrotał pod nosem, że się zgadza.
- I przysięgam - Edward podniósł głos - Jeżeli chociaż tknięcie księcia Williama, wymyślę najgorszy rodzaj śmierci. Będziecie umierać w nieludzkich, w niekalaidarczyńskich i jak tam jeszcze chcecie, cierpieniach. Sprawię, byście nawet po śmierci czuli niemiłosierny ból.
Zadrżałam na te słowa. Nerwowo skinęłam głową. Ten człowiek potrafi zmotywować do działania.
- Spróbujcie nas zdradzić, spróbujcie kombinować - Edward cedził przez zaciśnięte zęby - A gorzko tego pożałujecie. Darowaliśmy wam życie, ale nie bez przyczyny.
Twarz poczerwieniała mu z wściekłości. Miałam wrażenie, że zaraz wybuchnie. Bałam się. Naprawdę się bałam. Nie chciałam go nie słuchać. Nie chciałam poznać jego gniewu.
- Nie zdradzimy - zapewniłam go, chociaż wiedziałam, że moje słowa nic dla niego nie znaczą.
- Ty, dziewczynko, miałaś zostać poprowadzona na egzekucję. Byłaś zbędna. Ten chłopiec nam wystarczał - wskazał na Petera - Ale uparł się, że nie będzie pracował bez ciebie, że jeżeli cię skrzywdzimy, to i jego możemy zabić. Ale wtedy moglibyśmy już dokonywać ostatnie przygotowania do wojny. Musieliśmy się zgodzić, choć nic nam po pyskatej, nieprzewidywalnej wiedźmie.
Dyskretnie włożyłam swoją dłoń między chude, kościste palce brata i delikatnie ścisnęłam. Oczy zapiekły mnie od łez. Uratował mnie. Znowu.
- Poza tym podobno świetnie strzelacie z łuku. Udało wam się zabić kilku niewinnych mieszkańców w biegu - dodał Edward.
- Nie chcieliśmy ich zabijać - powiedziałam szybko - Próbowaliśmy się bronić.
Edward prychnął.
- Nie chcieliście, ale zabiliście. Koniec. Trudno. To tylko zwykli chłopi. Jak jednego, czy dwóch zabraknie, nikt nie zauważy.
Poczułam jak gorąco rozpływa się po moim ciele. Podniosłam głowę i spojrzałam mu prosto w oczy.
- I to my jesteśmy potworami? - wycedziłam - Jesteś okrutny. Ich rodziny. Ich rodziny z pewnością to zauważyły.
Edward popatrzył na mnie, udając zdziwienie.
- Potworny? - powtórzył - Powiedz mi, dziewczynko, kto ich zabił?
Zamilkłam, chociaż nadal trzymałam się swojego zdania. Tak, to ja ich zabiłam, ale nie było takiej godziny bym tego nie żałowała, nie winiła się. A on mówił o ich śmierci jak o tanich jabłkach, które wypadły mu z kosza podczas powrotu z targu.
- Będziecie chronić Williama - ciągnął Edward - Nawet jeżeli będzie od tego zależało wasze życie. To następca tronu. Nic nie ma prawa się mu stać.
Peter skinął głową. Przez cały czas nie podnosił przestraszonego wzroku.
- Zrobimy wszystko co w naszej mocy - zapewnił.
- Potrzebujecie jeszcze kogoś - dodał Namiestnik - Nie mogę was puścic sam na sam z księciem. Nie wierzę w wasze obietnice. Słowa to tylko słowa. Są puste i pozbawione prawdy.
- Oczywiście - potwierdziłam, nagle stałam się łagodną i posłuszną dziewczynką. To była nasza szansa.
- Razem z wami pójdzie jeden z rycerzy - prześledził uważnym wzrokiem cały rząd stojący nieruchomo pod ścianą mężczyzn. Jego spojrzenie nagle się zatrzymało - Gilbercie! - zagrzmiał.
Odwróciłam się i popatrzyłam na wywołanego rycerza. Gilbert rozchylił lekko usta. Na jego twarzy malowało się przerażenie. Zgarbił się i błądził wzrokiem po wszystkich twarzach na sali, rozpaczliwie poszukując ratunku. Ku mojemu zdziwieniu, przez krótko chwilę jego oczy zatrzymały się na mnie i chłopak popatrzył na mnie błagalnie.
Sebastian wystąpił z szeregu.
- Panie, nie wysyłaj mojego brata, proszę - powiedział, ale w jego głosie na próżno by szukać jakichkolwiek emocji - Jest młody, ma dopiero siedemnaście lat. Jeszcze kilka dni temu był giermkiem. Dopiero co stał się rycerzem. Jest niedoświadczony, żadnych misji, stoczonych bitew...
- Zamilknij, Sebastianie - przerwał mu Edward - Gilbert pasuje idealnie. Sprawdzi się, wykaże. Kiedyś musi zacząć.
Spojrzałam ze współczuciem na Gilberta. Wyglądał jakby miał zaraz wybuchnąć płaczem. Nie dziwiłam mu się. Oczywiście, kiedyś musi zacząć. Ale czy na prawdę musi zaczynać od czegoś takiego?
W końcu, nadal rozglądając się dookoła, niepewnie wyszedł przez szereg. Powoli podszedł na środek sali i stanął obok Petera. Pokłonił się przed Namiestnikiem.
- Tak, panie - odezwał się drżącym głosem.
- Pamiętaj, co przysięgałeś - powiedział Edward - Jeśli ta dwójka zrani księcia, masz ją dostarczyć mnie. Ty sam masz bronić następcę tronu własną skórą.
- Tak, panie - powtórzył Gilbert.
- Zatem ustalone... - zaczął Edward, a w jego głosie zabrzmiała nuta radości i ulgi.
- Nie tak szybko! - zawołał Peter. Poderwał głowę i po raz pierwszy, odkąd tu przybyłam spojrzał na Namiestnika.
- Peter, co ty robisz? - szepnęłam. Tym razem to ja uspokajałam jego.
- Co dostaniemy w zamian? - zapytał odważnie.
Edward teraz naprawdę wydawał się zdziwiony.
- Proszę?
- Zapytałem, co dostaniemy w zamian?
Zapadło dłuższe milczenie. Nawet nie zorientowałam się, że wstrzymałam oddech. Wszyscy wlepili oczy w mojego brata. Na twarzach członków Rady malowało się niedowierzanie i złość. Spodziewałam się, że za chwilę rozlegnie się krzyk. Edward uderzy pięścią w stół, rozlewając wina i tłukąc kieliszki. Zapomni o wszystkim co uzgodniliśmy i skaże nas na egzekucję. Minuty dłużyły się niemiłosiernie, a cisza jeszcze nigdy wcześniej nie była tak bardzo przepełniona strachem.
I gdy myślałam, że się popłaczę, Edward, a wraz z nim cała Rada, wybuchnęli śmiechem. Śmiechem głośnym, kpiącym. Ja i Peter milczeliśmy.
- Co dostaniesz w zamian? - powtórzył Edward, gdy w końcu wszyscy się uspokoili - Życie ci nie wystarcza, chłopczyku?
Mój brat spokojnie pokręcił głową.
- Ale jakie życie? - spytał - Co będzie potem? Jeżeli zaprowadzimy syna króla do Kalaidardy i uda się zawrzeć sojusz? Do wojny nie dojdzie, książę bezpiecznie wróci do Stolicy, jeżeli jest jeszcze jakaś szansa, także i król. Co wtedy będzie z nami? Znów nas pozamykacie w oddzielnych celach, będziecie katować, zabijecie? Co dostaniemy, jeżeli nam się uda?
Poczułam jak wypełnia mnie duma. Jeszcze raz uścisnęłam dłoń Petera, chwaląc go w ten sposób. Wydawało się, że przez cały czas będzie milczał, posłusznie zgadzał się na wszystko. Nie będzie walczył. Ale on zgodził się, a jednocześnie walczył o nasze dobro. Zdążyłam już w niego zwątpić i teraz odczułam wyrzuty sumienia. Peter może i jest nieśmiały, małomówny, zamknięty w sobie no i ciężko się z nim rozmawiało - jeżeli nie było się jego siostrą - ale przecież nigdy się nie poddaje. Robi wszystko, by było jak najlepiej. A ja, tak bardzo skupiłam się na tym, by wypełnić wszystkie rozkazy Edwarda, że nawet nie pomyślałam, co stanie się z nami potem.
Edward wydawał się być zmieszany. Wymienił nerwowe spojrzenia z kilkoma członkami Rady, po czym zwrócił się do nas:
- Przyznam, że Rada nie uzgodniła tego wcześniej - powiedział - Ale nie ma co zwoływać kolejnych posiedzeń. To chyba oczywiste, że jeżeli wam się uda, darujemy wam życie. Otrzymacie wolność. Ale opuścicie Stolicę i więcej do niej nie wrócicie.
Uśmiechnęłam się szeroko. Nim zdążyłam podziękować, Peter ponownie przemówił:
- A jeżeli doprowadzimy księcia bezpiecznie do celu, ale nie uda się zawrzeć sojuszu? - dopytywał się - Co wtedy? Wybuchnie wojna, a jak potoczy się nasz los?
Edward zmarszczył się i potarł po czole, jakby chciał odgonić ból głowy.
- A już myślałem, że to dziewczyna jest ta gorsza - jęknął Namiestnik - Od razu widać czyimi jesteście dziećmi. Ale do rzeczy. Nie chcę nawet myśleć o tym, że tyle poświęcenia pójdzie na marne. Ale jeżeli rzeczywiście to się wydarzy, wówczas ty i twoja siostra będziecie wolni, darujemy wam życie. Ale przystąpicie do wojny. Walcząc po stronie ludzi. Przez całe życie byliście pewni, że nimi właśnie jesteście. Czyż nie? Więc to chyba zrozumiałe, że staniecie po naszej stronie. Żadnych zdrad. Czy taki układ ci odpowiada, ty nieznośny dzieciaku?
Peter przytaknął.
- Tak, Lordzie - odpowiedział.
Edward spojrzał na mnie wymownie. Przytaknęłam.
- Tak, Lordzie Trollu - rzekłam.
- Wspaniale - westchnął Namiestnik zmęczony - Wasza dwójka, Gilbert oraz, oczywiście, książę William wyruszacie jutro o świcie. A teraz odprowadzić ich do celi, dać jedzenie, świeże ubrania i wodę do umycia. Cuchną gorzej niż zdechła zwierzyna.
Pokłoniliśmy się. Prostując się rzuciłam mu krótkie spojrzenie pełne niechęci i nienawiści. Gilbert objął słabo moje ramiona i wraz z Sebastianem ruszyliśmy do drzwi. Rycerze zaprowadzili mnie do celi i znów zostałam sam na sam z tysiącami przeróżnych myśli i uczuć.
Na co ja się zgodziłam?, pomyślałam.
Rozdział właściwie niesprawdzany, bo nie miałam na to czasu. Przepraszam za wszystkie błędy. A teraz ważna wiadomość: zastanawiam się, czy nie skończyć z tym opowiadaniem. Nie chodzi o wenę, bo wena jest. Ale chyba zawieszę blog. I nie chodzi o to, że skończyły mi się pomysły czy czas. Prawie nie mam czytelników. Wyświetleń jest tak bardzo mało, chociaż starałam się rozreklamować swój blog... Nie czyta mnie nikt z domu, ze wszystkich trzydziestu znajomych, których tu zaprosiłam, czyta mnie może trójka... Mówią, że warto nawet dla tak nie licznej grupki i mnie cieszy, że jednak ktoś, choć mało kto, mnie czyta. Jednak przede wszystkim jest mi bardzo przykro...
Dlatego mam prośbę. Jeżeli czytasz moje opowiadanie- skomentuj. Podoba się, nie podoba- skomentuj. To dla mnie na prawdę ważne. Jest Was, moich Czytelników, bardzo niewielu, ale jeżeli pojawi się o chociaż jeden komentarz więcej... będę się bardzo cieszyć :)
Cassandra
Rozdział jak zwykle bardzo ciekawy. Jednak zastanawia mnie, czemu Namiestnik opowiedział o wszystkich planach dwójce dzieci, którym nie ufa... No cóż. Masz jakiś pomysł i, jak na razie, doskonale ci idzie.
OdpowiedzUsuńA teraz jeśli chodzi o twoją przemowę na koniec: Ja też piszę bloga. Wyświetleń mam niewiele, komentarze tylko przy pierwszych rozdziałach. Ale nadal piszę, choćby miała to czytać tylko moja przyjaciółka. Dlatego, że jej się to podoba i ciągle prosi o więcej. Dlatego teraz ja poproszę ciebie: pisz jak najwięcej. Naprawdę wciągająco opisujesz historię. Nie rezygnuj :)
Pozdrawiam, milakanio
Po pierwsze, okropnie cię przepraszam – nie skomentowałam poprzedniego rozdziału, bo byłam na wakacjach. Strasznie współczuję Evangeline. Wygląda na to, że to rozłąka z bratem jest dla niej najbardziej bolesna ze wszystkich tych okropnych rzeczy, które ją spotykają. Podoba mi się ten plan Lorda Edwarda – jestem ciekawa jak dalej potoczy się cała akcja. Wgl Peter jest słodki – taki inteligentny i zaradny – mam nadzieję, że znajdziesz mu jakąś fajną dziewczynę.
OdpowiedzUsuńGilbert też wydał się fajny. Trochę mi go szkoda.
No i tak, to ja zwykle mówię, że nie warto się przejmować ilością czytelników. A to dlatego, że ja naprawdę nie mogłabym przestać pisać, a skoro i tak to robię, to dlaczego przy okazji tego nie publikować? Szczególnie, że to uczy pewnej systematyczności, a przy okazje można poznać czyjąś opinię – ale to tylko moje zdanie. Może po prostu powinnaś dać czytelnikom czas? W końcu opowiadanie zaczęłaś dość niedawno.
Pozdrawiam!