sobota, 15 sierpnia 2015

ROZDZIAŁ VI

   Było jeszcze ciemno, kiedy Sebastian obudził mnie szarpnięciem za ramię. Położył przede mną misę z jedzeniem i dzban wody. Zaczekał aż wszystko zjem. Na wpół jeszcze śniąca pożywiłam się przed wyruszeniem w podróż. Zastanawiałam się, kiedy znów będę miała okazję zjeść coś porządnego. Nie żeby jedzenie więzienne było czymś szczególnym.

  Sebastian milczał. Nie wydawał się już przestraszony, tak jak przez ostatnie dni. Tego dnia był smutny, zamyślony.
- Martwisz się o brata? - zagadnęłam popijając czerstwy chleb wodą.
Podniósł wzrok i spojrzał na mnie z gniewem, ale już po chwili znów wyglądał na przygnębionego. Pokiwał głowę.
- Jest jeszcze taki młody i niedoświadczony - powiedział - Nigdy wcześniej nie walczył naprawdę, nie był na żadnej mniej ważnej misji. A Lord Edward posyła go w to bagno.
Przytaknęłam.
- Rzeczywiście, użyłeś najlepszego słowa, by to opisać - zgodziłam się.
- Ale to nasza jedyna szansa. Bagno jest naszą jedyną szansą.
Zaśmiałam się gorzko.
- Nie brzmi to motywująco. Ale to prawda.
- Rozmawiałem wczoraj z Gilbertem - kontynuował Sebastian - Biedny chłopiec boi się. Płakał, nie chciał iść. On... on nie jest jeszcze na to przygotowany.

   Nie zapomniałam o urazie, o niechęci jaką czułam wobec Sebastiana. Ale gdy mówił takie rzeczy, gdy wyrażał się z taką samą miłością o Gilbercie, z jaką ja wyrażam się o Peterze, zrobiło mi się go żal.
- Ja i Peter może nigdy nie walczyliśmy na miecze, nie pojedynkowaliśmy się, ale odkąd pamiętam byliśmy sierotami. Nie mieliśmy domów. Codziennie walczyliśmy o przetrwanie na ulicach tych biednych wsi. Mamy więc jakieś pojęcie. Mamy chronić przede wszystkim Księcia, ale zaopiekuję się też twoim bratem. W miarę możliwości, oczywiście - obiecałam.
Sebastian podniósł głowę. W jego oczach pobłyskiwała nadzieja.
- Dziękuję - powiedział cicho.
Obdarzyłam go uśmiechem. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, po czym przeciągnęłam się i wstałam.
- Wydaje się, że musimy już wyruszać.
Sebastian również wstał.
- Masz rację, wojna nie lubi czekać. Chodź, wiedźmo.

   Z rycerzem krok za mną ostatni raz przeszłam korytarzami zamków. To nie był mój dom, to było moje więzienie. Doznałam tu cierpienia. A mimo to świadomość, że już nigdy tu nie wrócę sprawiała mi przykrość. Zła na samą siebie, za takie myślenie skupiłam się na powadze naszej misji. Z przerażeniem odkryłam, że jestem zupełnie nie przygotowana. Nie znam drogi, nie mam pojęcia ile potrwa podróż, przez co będziemy musieli przejść, co czeka na nas u celu.

   Kalaidarda. Kalaidarańczycy. Te pojęcia były mi zupełnie obce. Ale wiedziałam, co oznacza słowo "ojciec". A mój ojciec był właśnie w Kalaidarze. Kolejny powód , dla którego powinnam uczestniczyc w tej misji. Powtarzałam sobie, że postępuję słusznie.

   Wyszliśmy na plac zamkowy. Było pusto i cicho. Zadrżałam czując poranny chłód powietrza. Spojrzałam na odległe góry widniejące na horyzoncie. Czerwone, wielkie słońce wychylało się zza nich. Jego długie promienie oświetlały moją twarz, raziły w oczy. Przysłoniłam je dłonią i przyjrzałam się spokojnemu morzu. Falowało łagodnie, światło słońca odbijało się majestatycznie w wodzie. Niebo przybrało piękny jasno pomarańczowy odcień, małe chmurki powoli poruszały się na słabym lecz zimnym wietrze. Nagle strach ustąpił i poczułam przypływ energii i pewność siebie, a przede wszystkim spokój. Uśmiechnęłam się, przymknęłam oczy i zaczęłam wdychać rześkie powietrze, które oczyściło mój umysł.

   Na placu czekali już Peter i Gilbert. Mój brat miał dokładnie takie samo odzienie jak ja. Poprzedniego dnia, po Zebraniu Rady, Sebastian przyniósł do mojej celi jasno brązową długą do pół uda koszulę z długimi, szerokimi ramionami. Była lniana, tak samo jak spodnie w popielatym kolorze. Ubranie to było lekkie, ale ciepłe. Idealne na podróż po północnych krainach. Buty były wygodne, sięgały do połowy łydki. Dostaliśmy także zapasowy grubszy wełniany sweter, który przewiązałam wokół bioder.

   Uśmiechnęłam się do brata i uścisnęłam go na przywitanie. Przytuliłam policzek do jego czystych już włosów. Cieszyłam się, że wciąż jestem z nim. Radowała mnie myśl, że idzie razem ze mną. I, może nie zabrzmi to dobrze, ale odczuwałam ulgę, że większa odpowiedzialność spoczywa na nim, niż na mnie.
- Jak się czujesz? - zapytałam odsuwając się od niego.
Wciąż był przerażająco blady, poraniony i poobijany, ale odwzajemnił mój uśmiech. Teraz kiedy słońce rozświetlało jego twarz, umył się i trochę odpoczął, nie wyglądał aż tak bardzo źle. Pokiwał głową, dając znak że wszystko z nim w porządku.

  Zerknęłam na Gilberta. Oczy miał szkliste i zapuchnięte. Pewnie jeszcze przed chwilą płakał, pomyślałam czując coraz większy żal. Chłopiec nie miał już na sobie zbroi. Jego ubranie było niemal takie samo jak nasze, z tym że białe. Wiedziałam, że przeklęci ludzie, konkretniej pół- ludzie, nie mogą nosić bieli. My dostaliśmy brąz i szarość.

   Usłyszałam jak znów otwierają się drzwi. Odwróciłam się, a wrota rozwarły się. Na plac wszedł młody chłopiec. Mógł mieć tyle samo lat co ja i Peter. Twarz miał pociągłą, bladą, a oczy ciemne i duże. Proste, ciemno brązowe włosy opadały mu na ramiona. Grzywka opadała mu na czoło. On w przeciwieństwie do nas miał białą koszulę, na niej czarną, skórzaną kamizelkę z kołnierzem, wiązaną z tyłu. Spodnie miał czarne, eleganckie, ale wyglądały na wygodne. Tak samo jak buty, również skórzane, wysokie, z małym obcasem. Przez pas przewiązał dodatkowy sweter, podobny do naszego. Prócz niego miał także brązową, skórzaną, a jakże inaczej, pochwę a w niej trzymał miecz.

- A to zapewne nasz książę - odezwałam się pół głosem- Cóż za strój. Oczywiście, książę musi się wyróżniać od marnego rycerza i przeklętych sierot.

   Słowa te były skierowane wyłącznie do mnie samej, Petera i dwójki rycerzy. Jednak usłyszał mnie także nowo przybyły. Chłopiec wbił we mnie wzrok, a mnie przeszył dreszcz. Jego ciemne, mroczne oczy były straszniejsze niż lodowate oczy Edwarda. Książę podszedł dumnie wyprostowany i przystanął tuż przede mną.

- A to za pewne wiedźma, o której tyle mi opowiadano - powiedział głosem zupełnie pozbawionym emocji - Cóż za zachowanie. Oczywiście, sierotę nikt przecież nie wychowywał.
Przekrzywiłam głowę.
- Jesteś papugą czy małpką, że po prostu przekształcasz to co doszło do twoich delikatnych, książęcych uszu? - zapytałam nim zdążyłam ugryźć się w język.
- Evangelino! - upomniał mnie Peter. Ukłonił się nisko przed księciem - Przepraszam - wymamrotał.
Prychnęłam obracając oczami. Nagle poczułam niechęć do chłopca stojącego przed nami.
- Bracie, obiecaliśmy, że będziemy go chronić - powiedziałam - To nie oznacza, że musimy mu okazywać szacunek. Myślisz, że on będzie okazywał nam?
 Chłopak świdrował mnie wzrokiem.
- Skąd wiesz, że nie zamierzałem? - spytał - Wychodzisz z założenia, że skoro pochodzę z królewskiej rodziny będę wami gardził?
   Wzruszyłam ramionami. Zbił mnie z tropu, ale nie zamierzałam dać tego po sobie poznać. Książę udał, że rozgląda się za czymś konkretnym. Rozłożył ręce.
- Moment, gdzie mój bat? - zapytał - Czym ja będę bić te przeklęte istoty?
Wyglądał tak komicznie udając, że z trudem powstrzymywałam się od śmiechu. Chłopak przestał i ponownie na mnie popatrzył.
- Poza tym, szacunek wobec mnie jest wskazany - powiedział - Ja jestem następcą mojego ojca. W połowie twoim przyszłym królem. Ty jesteś wiedźmą, przestępczynią, moją strażniczką, po części Kalaidarczynką. Nie wiem jakie zwyczaje bywają u was, w Kalaidardze, ale tutaj za takie słowa, zostałabyś stracona.

Udawałam, że jego słowa nie robią na mnie wrażenia. Miałam uwierzyć, że ktoś taki początkowo chciał być dla nas miły?
- Wybacz, książę, ale wydaje mi się, że to, iż jesteś księciem, to żadna twoja zasługa. Co najwyżej twoich rodziców. I bogów.Tak samo, to że ja jestem przeklętą w połowie Kalaidarczynką nie jest moją winą, lecz moich rodziców oraz bogów. Jesteśmy tacy sami. Tytuł przed twoim imieniem nie robi na mnie żadnego wrażenia.

   Chłopiec otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale natychmiast je zamknął. Wyglądał jakby nagle zrobiło mu się bardzo przykro. Uśmiechnęłam się do niego kpiąco, a jego twarz po chwili ponownie zamieniła się w kamień.
Peter wydawał się być zrozpaczony.
- Przepraszam - powtórzył uważnie przyglądając się księciowi - Ja... ja... Evangelino!
- Słucham?
Popatrzył na mnie z wyrzutem.
- Chociaż raz - szepnął - Chociaż ten jeden raz mogłaś sobie darować.

   Ramiona mi opadły. Znowu to zrobiłam. Zawiodłam Petera, nawet ten jeden raz nie potrafiłam po prostu zamknąć ust i przemilczeć. Pomyślałam, co czuje mój brat. Bał się, ciążyła na nim odpowiedzialność za nas wszystkich, nie był pewien, a ja już na samym początku obrażam samego księcia, zupełnie niepotrzebnie.
   Nie chciałam ranić Petera. Był wszystkim, co kiedykolwiek miałam. Bez niego już dawno byłabym martwa. Gdyby go nie było, moje życie byłoby pozbawione miłości, nie miało by sensu. Raniąc go, raniłam samą siebie.

   Spojrzałam na księcia.
- Przepraszam - powiedziałam dużo spokojniej.
Tak naprawdę przepraszałam brata, nie niego. Wciąż trzymałam się swojego zdania. Ale postanowiłam, że dla dobra nas wszystkich, przestanę już tak wybuchać bez powodu.
Książę pokiwał głową, ale nic nie odpowiedział. Odwrócił wzrok, a ja przez krótką chwilę widziałam w nich smutek. Poczułam się jeszcze gorzej.
- To się więcej nie powtórzy, książę - obiecałam jemu i samej sobie.
Wzruszył ramionami.
- Może i masz trochę racji, ale za takie słowa najpierw ścięto by ci ręce i nogi, a na końcu głowę - powiedział.
- Mogłabym nie dożyć ścięcia głowy - zauważyłam.
- Bez obaw, specjalnie dla ciebie coś byśmy wymyślili.
  Minęło kilka sekund ciszy nim zorietnowałam się, że to był żart. Uśmiechnęłam się szeroko. Książę zrobił to samo, ukazując swoje idealnie równe zęby. Nagle uświadomiłam sobie, jak moje są krzywe i brzydkie. Natychmiast zamknęłam usta.
   Peter wydawał się już dużo spokojniejszy. Skinął głową w moją stronę, ale nadal widziałam wyrzut w jego oczach.

   Drzwi zamku otworzyły się kolejny raz. Edward podszedł do nas szybkim krokiem. Pokłonił się przed księciem. Następnie obrzucił mnie i Petera nienawistnym spojrzeniem.
- Konie przygotowane, książę - odezwał się - Wszystko gotowe do drogi.
- Nikt mnie jeszcze nie przedstawił - odparł chłopiec nie patrząc na namiestnika swojego ojca.
Edward potaknął.
- Tak. Tak, oczywiście. Oto pierworodny syn króla Augustyna, książę William Linnkernbark.
Peter pokłonił się ponownie. Mimowolnie poszłam za jego przykładem.
- A to przeklęte dzieci Evy Bromus i władcy Kalaidardy - dodał Edward z obrzydzeniem - Macie życiem ochraniać księcia i  odnosić się do niego z należytym szacunkiem, zrozumiano?
William zaśmiał się krótko, cicho. Edward spojrzał na niego zaskoczony.
- Czy nie traktowali cię z szacunkiem, książę? - zapytał obrzucając nas krytycznym wzrokiem.
Przestraszyłam się, że chłopiec powtórzy teraz wszystko to, co przed chwilą sama powiedziałam. Jego twarz natychmiast skamieniała.
- Skądże, byli bardzo mili - rzekł, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Na pewno? Bo jeśli nie, to zmienimy plany, a ta dwójka...
- Daj spokój, Edwardzie - przerwał mu książę - Nie mamy czasu na zmianę planów. Wojna nie lubi czekać.
Spojrzałam na Sebastiana stojącego obok.
- To wasze motto? - szepnęłam.
Rycerz uśmiechnął się dyskretnie.
   Edward wyciągnął rękę przede mnie. Dopiero teraz zorientowałam się, że trzyma dwa łuki. Nie takie brzydkie, byle jakie łuki, które sami z Peterem wykonaliśmy i które nam odebrano, lecz najprawdziwsze, starannie zrobione łuki. Duże, silne, wytrzymałe, piękne. I dwa kołczany. W każdym po tuzin złotych, okazałych i prawdziwych strzał. Onieśmielona zerknęłam niepewnie na Edwarda.
- To dla nas? - zapytałam.
- No co ty, chciałem je zjeść na kolację. Oczywiście, że dla was. Książę i rycerz mają miecze, wy macie te łuki.
Peter wziął jeden. Na jego twarzy malowało się niedowierzanie i oczarowanie.
- Jest wspaniały - wyszeptał oglądając go z każdej strony - To zapewne łuk stworzony dla królewskiej armii?
- Owszem - potwierdził Edward - Bierz, dziewczynko, swój łuk i wyruszajcie.
- Aha, aha. Wojna nie lubi czekać - powiedziałam odbierając łuk. Niemalże nic nie ważył. Przewiesiłam go przez ramię i od razu poczułam się bezpieczniejsza.
   Królewski Namiestnik wręczył nam jeszcze szybko po jednej, lnianej torbie z ekwipunkiem.
- Pora wyruszać - powiedział Edward pomagając księciu przewiesić torbę przez ramię.

   Słońce zdążyło już wzejść. Zrobiło się cieplej. Zaczęły śpiewać ptaki. Sebastian przytulił mocno Gilberta.
- Poradzisz sobie, bracie - powiedział na pożegnanie - Wierzę w ciebie.
Gilbert potaknął. Warga mu drżała.
- Do zobaczenia, bracie - rzekł tylko.
Sebastian i Edward ukłonili się przed Williamem.
- Życzę szczęśliwej podróży - powiedział Edward - Niech bogowie czuwają nad tobą, książę. Pamiętaj, o co walczysz.
Chłopiec poważnie skinął głową.
- Do zobaczenia, Edwardzie.

    Cztery konie czekały przed nami. Gdy wsiadłam na grzbiet jednego z nich, czarnego, dużego ogiera, obejrzałam się jeszcze raz. Spojrzałam przez ramię na Edwarda. Mężczyzna patrzył prosto na mnie. Kamienna twarz. I te oczy. Przepełnione nienawiścią i złem. Zadrżałam. Namiestnik w tamtej chwili nie przypominał człowieka. Zło wcielone, pomyślałam z lękiem. Wiedziałam, że już nigdy nie zapomnę tego widoku. Przerażające oczy wpatrujące się prosto we mnie, przepełnione mrokiem.
- Nie kombinuj, wiedźmo - odezwał się - Masz być posłuszna.
Odwróciłam się powoli wstrząśnięta. Pewność siebie, jaką jeszcze przed chwilą odczuwałam, teraz zniknęła bezpowrotnie.
- Wio! - zawołał William.
Jego koń zarżał. Ja, Peter i Gilbert powtórzyliśmy okrzyk księcia.
Ruszyliśmy ku nieznanemu.


   Mam nadzieję, że kolejny rozdział się podobał  :) Nie będzie już zdesperowanych notek na koniec XD Zamiast tego chciałam po prostu podziękować wszystkim, którzy mnie czytają, a w szczególności tych, którzy mnie komentują. Każdy komentarz jest dla mnie ogromnie motywujący :) 
Siódmy rozdział za tydzień. Zapraszam!
Pozdrawiam!
Cassandra 

3 komentarze:

  1. Jak mi się podoba to zdanie: "Tytuł przed twoim imieniem nie robi na mnie żadnego wrażenia." <3 Cały rozdział super, akcja się rozkręca. Po prostu czekam na następny ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem trochę późno, bo znowu wyjechałam na wakacje xD W każdym razie Evangelina odrobinę mnie zirytowała. To znaczy bardzo podobało mi się to zdanie, które wskazała moja poprzedniczka, ale mimo to uważam, że Evangelinge powinna się odrobinę opanować, jeśli ma zamiar przeżyć. Spodobało mi się za to, jak opisałaś jej uczucia wobec brata.
      Książę z kolei wydał mi się całkiem pozytywną postacią. Mimo wszystko nie wydał rodzeństwa, choć przecież mógł – jego piaskownica, jego zasady. Na razie chyba nie można powiedzieć o nim nic więcej.
      Pozdrawiam!

      Usuń