piątek, 31 lipca 2015

ROZDZIAŁ IV

   Mijały godziny. Słońce powoli, jakby celowo zwlekając, by obejrzeć to widowisko przesuwało się po błękitnym niebie. Cały czas klęczałam przywiązana do słupa, a rycerze Sebastian i  Gilbert byli moimi strażnikami. Stali nieruchomo po obu moich stronach i pilnowali, by nikt zbyt bardzo mnie nie skrzywdził. Jednak wyrażali zgodę na moje cierpienie i upokorzenie.

   Mieszkańcy Dennelii podchodzili do mnie i wyrzucając z siebie różnorakie, potworne przekleństwa kopali i okładali pięściami. Byli tacy, którzy szarpali mnie za włosy do tyłu i całowali w policzki, usta, szyję. Ich oddechy cuchnęły paskudnie. Po tym odsuwali się ode mnie i spluwali na moją twarz, szydząc. Ludzie wskazywali mnie palcami, wyśmiewali i kpili. Wykrzykiwali obrazy. W ciągu całego dnia obrzucono mnie tysiącami pogardliwych spojrzeń. Z każdym uderzeniem zwijałam się w kłębek i z trudem tłumiłam krzyk. Pojękiwałam cicho i pozwalałam, by łzy spływały po mojej twarzy. Zrozpaczona kręciłam głową słysząc okrutne słowa, jakimi się do mnie zwracano. Chociaż panowało przyjemne ciepło, drżałam. Nie było takiego punktu na mej duszy i ciele, gdzie nie zostałabym dotkliwie zraniona.

   Większość jednak utrzymywała dystans. Kiedy powoli podnosiłam obolałą głowę, widziałam jak gwałtownie odwracają przestraszony wzrok. Przechodzili szybko, jak najdalej ode mnie. Bali się mnie. Bali się wieźmy.

   Klęcząc pod słupem w głowie wciąż słyszałam wypowiedziane przez Gilberta na samym początku słowa. Oznajmił ludowi, że jestem córką zdrajczyni. Nigdy nie znałam swojej matki. Nie pamiętałam jej. Wiadomość, że Eva Bromus była czarownicą nie zdziwiła mnie. Musiałam po kimś odziedziczyć ten dar. Chociaż bardziej trafnym określeniem byłoby Przekleństwo. Ale co to znaczy, że była zdrajczynią?

   Co gorsza, ten młody rycerz zdradził, kto jest moim ojcem. Moim tatą, o którym zawsze tak wiele rozmyślałam. Mężczyzną dla którego przybyłam tutaj z dalekiej północy. Powinnam się cieszyć. Wiem kogo szukać. Ale prawda jest taka, że czułam się jeszcze bardziej zakłopotana. Gilbert nazwał go Królem Bestii z Kalaidardy. Ten tytuł, ta nazwa przyprawiały mnie o dreszcze. Król? Bestia? Kalaidara? Co to wszystko znaczy? Tłum zawył z nienawiścią słysząc czyją jestem córką. Im dłużej nad tym myślałam tym bardziej czułam się skołowana.

   W końcu udało mi się zupełnie odpłynąć myślami. Wciąż byłam przytomna - niestety - ale w głowie czułam pustkę. Była taka przyjemna... Po tej burzy, która szalała w niej przez całe dwa tygodnie, kiedy siedziałam w zamknięciu, po tym jak publicznie upokarzana osiągnęła swój szczyt, w końcu ustała. Klęczałam ze spuszczoną nisko głową, wbijałam pusty wzrok w coraz bardziej posiniaczone kolana. Mój mózg był zbyt wykończony, nie miałam siły by reagować na kolejne bolesne uderzenia i na równie bolesne słowa- noże.

   Późnym popołudniem Sebastian i Gilbert pochylili się nade mną. Wspólnie rozwiązali sznury na moich nadgarstkach i kościach. Gdy już nic mnie nie podtrzymywało przy słupie, osunęłam się bezwładnie na ziemię. Rycerze, nie spiesząc się, ponownie zgarnęli mnie na ramiona. Gdy przekraczaliśmy próg zamku, towarzyszyły nam oburzone nawoływania ludu.

   Niesiono mnie tym samym korytarzem co rano. Domyśliłam się, że wracam do swojej celi. Pragnęłam wolności, chciałam uciec z tego przeklętego miasta i dopiero potem myśleć, co dalej. Ale nie przeciwstawiałam się. Leżałam nieruchomo i pozwoliłam rycerzom wlec mnie przez cichy, chłodny zamek.

   Nagle usłyszałam kroki. Zorientowałam się, że ktoś biegnie w naszą stronę. Po chwili doszły mnie nawoływania. Nie zwróciłabym na to uwagi, gdybym nie usłyszała znajomego głosu.
- Evangelino! - zawołał Peter.
Siła powróciła do mnie gwałtownie i przepełniła całe moje jestestwo. Poderwałam się energicznie i jednym szarpnięciem wyrwałam z rąk moich strażników.
- Hej! - wrzasnął Sebastian zdezorientowany.

   Peter wybiegł zza zakrętu na końcu długiego, ciemnego korytarza. Kulał na jedną nogę, ale pędził w moim kierunku szybciej, niż gdy uciekaliśmy przed rozwścieczonymi mieszkańcami Stolicy. Zawsze był chudy, ale w ciągu tych dwóch tygodni jego ciało niemal znikło. Blada skóra była zawieszona na kościach. Wychudzona twarz przybrała niezdrowy zielonkawy odcień. Okryły ją siniaki i zadrapania. A mimo to uśmiechał się do mnie szeroko. Za nim pędzili dwaj inni strażnicy w rycerskich zbrojach.

   Poczułam jak ciepło rozlewa się po moim sercu.
- Peter! - krzyknęłam radośnie i nim Sebastian i Gilbert zdążyli mnie złapać, rzuciłam się pędem przez korytarz.
- Stój! - zawołał Sebastian, chwytając powietrze.

   Chociaż ból rwał każdy fragment mojego ciała, biegłam szybko, przyćmiona euforią. Wpadłam w ramiona Peterowi i upadłam na kolana. Chłopiec przyciągnął mnie mocno do siebie i przycisnął moją głowę do swojej chudej piersi. Wtuliłam się w nią i załkałam ze szczęścia. Pogłaskał mnie po głowie, czule pocałował w czoło.
- Mówili mi, że cię skrzywdzili - odezwał się, a jego głos łamał się od emocji - Wmawiali mi, że nie żyjesz. Dopiero dzisiaj powiedzieli, że to nie prawda. Myślałem, że... Myślałem...
- Cii, spokojnie - szepnęłam, odsuwając się od niego. Pogłaskałam jego mokry od łez policzek - Nic mi nie jest. I jestem tutaj.

   Pokiwał nerwowo głową. Jego jasne włosy były rozczochrane bardziej niż zwykle, zlepione krwią i potem. Ze złamanego nosa ciekła krew. Jego brązowe oczy były zapadnięte. Wydawały się ciemniejsze, ale były tak samo ciepłe jak zawsze.
Pokręciłam powoli głową, odgarniając brudne włosy z jego czoła.
- Co oni ci zrobili? - zapłakałam.
Nie odpowiedział, tylko przytulił mnie jeszcze raz do siebie.
- Mówili mi, że nie żyjesz - wymamrotał. Wydawał się być w szoku.

  Poczułam szarpnięcie od tyłu. Zaszlochałam, gdy odciągnęli mnie od niego. Gilbert wziął mnie na ramiona. Zaczęłam tłuc go pięściami z całej siły.
- Puszczaj! - powtarzałam - Zostaw mnie!
Nim Peter zdążył się podnieść, dopadli go jego strażnicy. Złapali wyrywającego się chłopaka i przerzucili przez ramię, niczym starą, wielką lalkę.
- Peter! - zawołałam wyciągając do niego rękę.

   Nie mogą mi tego znów zrobić. Nie mogą mnie z nim rozdzielić. Nie mogą.

   Peter wychylił się i złapał moją dłoń. Uścisnął ją mocno, jakby się żegnał. Podniosłam wzrok i popatrzyłam na niego zrozpaczona. Ale w jego spojrzeniu zobaczyłam, że wcale się nie żegna. Mój brat daje mi do zrozumienia, że jeszcze się zobaczymy. Już nie długo.
- Teraz wszystko się zmieni - powiedział cicho, patrząc mi prosto w oczy.
- Peter - wyszeptałam w ramię Gilberta, gdy się oddalaliśmy.
Patrzyłam przez jego ramię jak strażnicy znikają za ścianą z moich bratem.

   Jeszcze się zobaczymy, powiedziałam sobie.

  Strażnicy wrzucili mnie do celi, nie dbając o to, że przewróciłam się i uderzyłam głową o kamienną podłogę. Świat zawirował, a ból rozlał się po mojej czaszce. Odwróciłam się pospiesznie i zobaczyłam jak zatrzaskują się drzwi.

   Znowu mnie tu zamknęli. Znowu byłam sama. Jeszcze jedna bezsenna noc, przepełniona jeszcze większym smutkiem.

4 komentarze:

  1. Brak. Mi. Słów. Czekam na dalszy ciąg! To, co jej zrobili, było okropne i... dobra, chyba nie chcesz wysłuchiwać mojego narzekania. W każdym razie wciągnęłam się. Dużo weny życzę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pff, tak, usuwam komentarz, bo jestem ślepa :\ Nie zaważyłam postów z sierpnia, brawo dla mnie XD
      No dobra, więc chcę powiedzieć tylko, że cieszę się z ich spotkania i mam nadzieję, że szybko uda im się uciec! :D
      A teraz... Idę czytać dalej XD

      Usuń