Od kamiennych ścian bił chłód, ale do zimna byłam już przyzwyczajona. W wiosce, gdzie mieszkałam wcześniej, Serdeles, zawsze było zdecydowanie zimniej niż w słonecznej Stolicy. Ciemność też była do zniesienia, a światło przebijające się w dzień przez grube kraty w małym okienku, dodawało chociaż odrobinę nadziei. Obcy ludzie, którzy raz dziennie przynosili jedzenie, nie pozwalali mi cierpieć z głodu.
Jedynym problemem, była samotność. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać, ale tak bardzo chciałam czuć czyjąś obecność, czyjąś bliskość. Oddzielili mnie od brata. Peter może i tak samo nie wiedziałby co robić, ale byłby tutaj, przy mnie. I to by mi wystarczyło. Bałam się. Każdego dnia wyobrażałam sobie, jak otwierają się drzwi i do celi wpadają ludzie. Co ze mną zrobią? Jak długo mam czekać? Co z moim bratem? Nie znałam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Gdyby chcieli, żebym umarła, chyba nie przynosili by mi jedzenia, nawet tak marnego. Prawda?
Najgorsze jednak było to, że miałam tak wiele czasu na myślenie. Nie chciałam myśleć. Chciałam zapomnieć, ale nie umiałam. Zabiłam ludzi. Dwóch? Trzech? Kim byli? Nie znałam ich, ale to nie przeszkadzało mi w zadręczaniu się. Zabiłam ludzi. Tyle lat walczyłam o przetrwanie, tyle razy łatwiej było by mi po prostu wypuścić strzałę i przeszyć ciało na wylot, ale nigdy nie posunęłam się do tak okrutnego czynu. Nigdy wcześniej nawet nie przeszła mi przez głowę taka myśl. Tłumaczyłam sobie, że to nie moja wina, że musiałam to zrobić. Byłam wściekła na Petera. To on kazał mi strzelać. To był jego pomysł, nie mój. To on jest winny. Ale takie myślenie tylko powiększało wyrzuty sumienia. Ja też byłam winna. Godziny spędzałam na wyobrażaniu sobie, jak dzielnie zaprzeczam bratu i wpadam na rewelacyjny pomysł, dzięki któremu nikt nie zostaje nawet lekko ranny, my nie zostajemy złapani i odnajdujemy tatę.
Tata. Naprawdę nam się nie udało? W środku czułam tak potworny ból, że nie byłam w stanie płakać. Całymi dniami siedziałam wpatrzona pustym wzrokiem w ciemną ścianę, a po moich policzkach nie spływały nawet pojedyncze łzy. Za to moje serce ryczało z rozpaczy. Głośno, nie przerwanie i tak bardzo boleśnie.
I tak mijał czas. Światło, ciemność, światło, ciemność. Słońce, księżyc. Gwar na rynku, cisza. Straciłam rachubę czasu. Mógł minąć tydzień, a mógł miesiąc. Było mi to obojętne. Straciłam wszystko. Zniszczyłam naszą szansę, pozwoliłam nam się złapać, zabiłam niewinnych ludzi, nie znalazłam ojca. Nadeszła noc. kiedy pogodziłam się w końcu z myślą, że umrę w tej smutnej celi. Sama. A serce do ostatniego uderzenia będzie krzyczeć monotonnie.
I jakby na tę właśnie zgodę czekał los. Kilka godzin później otworzyły się drzwi. Na początku nie zareagowałam. To jedzenie, pomyślałam. Ale odwróciłam wzrok. W drzwiach stał wysoki mężczyzna. Miał tlenione blond włosy i nieco za ostre rysy twarzy, jak na ludzi ze Stolicy. Do celi za nim weszli dwaj inni. Pierwszy- niższy i pulchniejszy o szpakowatych włosach. Drugi- większy i młodszy. Miał rumianą, kościstą twarz, a czarna grzywka opadała mu na czoło, zasłaniając oczy. Oboje mieli na sobie zbroję rycerską w kolorze stali. Mimo widocznej różnicy wieku, byli podobni. Zrozumiałam, że to bracia. Patrzyłam na nich w milczeniu, oczekując aż się odezwą. Ale oni tylko mi się przyglądali.
- Czekacie, aż powiem "dzień dobry"? - odezwałam się, nie mogąc dłużej znieść ciszy - Jeśli nie, to zostawcie jedzenie i zostawcie mnie.
Popatrzyli po sobie zdezorientowani. Wydawało się nawet że na twarzy młodszego rycerza maluje się lęk. Po chwili ten grubszy spoważniał, ale unikał już mojego wzroku. Ten blondyn, który wydawał się najważniejszy, zmierzył mnie natomiast surowym, zimnym spojrzeniem od stóp do głów. Zadrżałam i mimowolnie przycisnęłam się do ściany, gdy dostrzegłam okrucieństwo w jego niebieskich oczach.
- Czyli to jest ta dziewczynka, tak? - zapytał. Dziwacznie przedłużał sylaby, gdy mówił. Prychnął - Cóż, myślałem że siedzenie tu przez dwa tygodnie nauczy ją nieco pokory. Myśli, że skoro jest na zamku, jest księżniczką.
- Nie prowokuj jej, panie - wtrącił starszy rycerz - Tamten głupi starzec ją zdenerwował, to prawie go zabiła. To wiedźma.
Łzy napłynęły mi do oczu, kiedy usłyszałam jak mnie nazwał. Wiedziałam już od urodzenia, że jestem czarownicą, ale jeszcze nikt nigdy nie powiedział tego na głos. Obiecaliśmy sobie z Peterem, że nie pozwolimy by ktokolwiek kiedyś tak o mnie powiedział. Ludzie mieli się o tym nie dowiedzieć.
- I to nie byle jaka wiedźma - wysoki mężczyzna podszedł i przyklęknął przede mną. Wszystkie mięśnie mojego ciała napięły się, kiedy chwycił mnie za podbródek. Jego przerażające oczy, były teraz tuż przed moimi - Tak bardzo podobna do matki... Ale te złote oczy, z pewnością odziedziczyła po ojcu...
- Nie tylko oczy. - powiedział starszy rycerz, a w jego słowa wyraźnie dało się słyszeć ostrzeżenie. Stał wraz z towarzyszem nieruchomo przy drzwiach. Oni na mnie nie patrzyli.
- Powiedz, dziewczynko, jak ci się tu siedzi? - zapytał mężczyzna. W sposób w jaki wypowiedział "dziewczynko" dał mi do zrozumienia, że wcale nie ma mnie za człowieka.
Chciałam odpyskować, ale ugryzłam się w język. To mogłoby pogorszyć sytuację.
- Gdzie mój brat? - zapytałam powoli. Wciąż byłam trzymana za podbródek.
Mężczyzna parsknął cicho. Pokręcił głową, na chwilę odwracając wzrok.
- Zadałem ci pytanie, dziewczynko. Pozwól, że najpierw ty odpowiesz na moje.
- Dlaczego tak? - odważyłam się zawarczeć.
- Bo jestem od ciebie ważniejszy. Ja jestem Namiestnikiem Króla, który teraz jest nieobecny, więc praktycznie ja jestem królem. A ty jesteś wiedźmą.
Przełknęłam ślinę.
- Źle - odpowiedziałam - Źle mi tu.
- Chciałabyś opuścić to miejsce? - spytał przechylając głowę.
Przytaknęłam. Nie chciałam się odzywać. Strach i płacz trzymały mnie za gardło. Z trudem wytrzymywałam jego spojrzenie.
- Cudownie - odparł - A jak masz na imię, dziewczynko?
- Gdzie. Jest. Mój. Brat?
- Powiem ci, co z twoim bratem, jeśli powiesz, jak się nazywasz.
Uznałam, że nie ma sensu kłamać. I tak zdradziłam już swoje nazwisko, które przesądziło o sprawie.
- Jestem Evangeline Bromus - powiedziałam, łamiącym się głosem - Córka Evy i... i... nie znam swojego ojca.
Mężczyzna przytaknął zrozumiale głową. Najwyraźniej takiej odpowiedzi oczekiwał.
- Ja nazywam się Edward Orvosyln - przedstawił się.
- Nie mów jej tego, panie - upomniał go starszy rycerz - Gotowa jest przeklnąć twoje imię.
Namiestnik króla nie odwracał ode mnie wzroku.
- Nie boję się jej, Sebastianie - powiedział spokojnie - Jeśli ktoś ma się tu kogoś bać, to ona mnie.
Te słowa tylko zwiększyły moje przerażenie. Coś było w tym człowieku nie tak. Bardzo nie tak.
- Gdzie mój brat? - powtórzyłam. Byłam wściekła, na to że mój głos z każdą chwilą był coraz bardziej roztrzęsiony.
Edward westchnął. Odpowiedział dopiero po chwili.
- Żyje - powiedział, a ja poczułam jak spada mi kamień z serca. Mimo iż nadal trzymał mnie boleśnie za podbródek, rozluźniłam się - Też jest na zamku.
Edward chyba zauważył delikatny uśmiech ulgi na mojej twarzy, bo po chwili wypowiedział coś, przez co poczułam się jakby to mnie ktoś przeszył strzałą:
- Powiedz mi, dziewczynko. Twój braciszek zawsze taki małomówny, czy tylko wtedy kiedy mu grozimy?
Otwarłam szeroko oczy. Przez krótką chwilę nie mogłam się odezwać.
- Co? - wydusiłam.
Edward odwrócił się do rycerzy.
- Sebastianie, Gilbercie, nie słyszeliście? Dziewczynce jest źle w jej celi. Zabierzcie ją na spacer.
- Co robicie Peterowi? Gdzie on jest? - zapytałam głośniej. Byłam coraz bardziej przerażona.
Rycerze w drzwiach poruszyli się nerwowo. Wyglądali na przestraszonych i niezdecydowanych.
- Co za ofiary - warknął poirytowany Edward. Ruszył w ich stronę - Kazałem wam stąd zabrać tę wiedźmę! - pchnął ich w moim kierunku.
- Torturujecie go - wbiłam wzrok w Edwarda. Gorące łzy spływały mi po policzkach - Zabierzcie mnie do niego.
- Nie tak prędko, dziewczynko. Nie wątpię, że będziesz miała więcej do powiedzenia niż on. Ale dla ciebie zaplanowałem parę atrakcji - uśmiechnął się złośliwie, a mnie przepełnił jeszcze większy niepokój.
Sebastian i Gilbert stanęli nade mną. Wymienili spojrzenia i podnieśli mnie. Nie byłam wstanie się szarpać. Wiedziałam, że to nic nie da. Wyszli ze mną na ciemny, długi korytarz.
- Co mu zrobiliście?! - wykrzyknęłam w stronę oddalającego się Edwarda. Nie odwrócił się.
Załkałam głośno i pozwoliłam nieść się milczącym rycerzom. Przeszliśmy przez puste, zimne korytarze, aż w końcu dotarliśmy do wrót. Otworzono je, a do ponurego wnętrza wpadło światło wiosennego poranka. Zmrużyłam oczy, oślepiona.
Cały plac zatłoczony był ludźmi. Z każdą chwilą robiło się coraz ciszej. Wkrótce, gdy już wszyscy obecni mnie zauważyli, zapadło całkowite milczenie. Bezgłośnie płacząc wpatrywałam się w błękitne niebo. Pojedyncze białe chmury powoli się przesuwały. Kruki robiły koła w powietrzu nade mną.
Wyszliśmy na środek wielkiego placu. Rycerze postawili mnie na nogi. Mogłam uciec. Ale wiedziałam, że i tak by mnie złapali. Nawet użycie mocy nic by nie dało. Poza tym, nie mogłam zostawić brata.
Spojrzałam przed siebie i serce we mnie zamarło. Długi słup stał pośrodku. Nie miałam już wątpliwości, co teraz nastąpi.
Sebastian i Gilbert w milczeniu, na oczach milczących, przepełnionych jednocześnie trwogą i nienawiścią mieszkańców Stolicy zaczęli obwiązywać moje nadgarstki grubym sznurem. Następnie obwiązali kostki. A później przywiązali mnie do słupa. Klęczałam przodem do ludu. Spuściłam wzrok i oparłam czoło. Przełknęłam łzy i walczyłam, by nie zapłakać głośno. Zamknęłam oczy.
Młodszy rycerz, Gilbert, stanął obok mnie i spojrzał na lud. Krzyknął donośnie:
- Mieszkańcy Rellendle, Stolicy Królestwa Dennelii! Oto wielka wiedźma Evangeline Bromus, zaginiona córka przeklętej wiedźmy, zdrajczyni Evy Bromus i króla Bestii z Kalaidardy.
Wiem, że przez dwa tygodnie nie było rozdziałów, ale nie miałam możliwości ich dodać. Przepraszam za to. Teraz już wszystko wraca do normy. Od soboty rozdziały będą dodawane regularnie co tydzień :) Proszę o komentarze! :)
Cassandra
Czemuczemuczemuczemu??? Co dalej??? Ja chcę dalej! Pragnę!
OdpowiedzUsuńTosz to genialne, panie!
O matko, biedna Evangeline! Po pierwsze, dlatego, że tak długo musiała siedzieć w tej celi. Po drugie, bo nie wie, co dzieje się z bratem, a ci goście, którzy do niej przyszli są tacy creepy. No i ostatnie: końcówka. Mam nadzieję, że ktoś ją w ostatniej chwili uratuje. Może jej ojciec?
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
No niee, co to ma być? :\ Najpierw jakaś cela, potem publiczne bicie... No i torturowanie Petera :< Mam nadzieję, że szybko się to skończy!
OdpowiedzUsuńCiekawi mnie strasznie, co będzie z tym ojcem... Kiedy się spotkają i jak się zachowa? No i jak te dzieci się uratują?! ;-;
Po za tym, że jak na razie strasznie smutno, to kocham Twój styl pisania (hmm, przecież i tak dobrze o tym wiesz... :\\ XD), to opowiadanie też już zdążyłam pokochać ^-^
Lecę do następnego rozdziału, bo już nie mogę wytrzymać *___*
Podoba mi się :P
OdpowiedzUsuń