sobota, 11 lipca 2015

Rozdział II

   Obudziła mnie jasność. Słońce przyjemnie ogrzewało moją twarz. Zmrużyłam oczy oślepiona blaskiem, przysłoniłam je ręką. Jęknęłam głośno z trudem siadając. Utrata przytomności pozwoliła mi odzyskać trochę sił, ale wciąż pozostawałam głodna. Byłam pewna, że jeśli za chwilę się nie pożywię, zemdleję ponownie i może już się nie obudzę.

   Przerażona taką perspektywą, postanowiłam zająć myśli czymś innym. Musiałam znaleźć coś, co przykułoby moją uwagę. Musiałam dowiedzieć się, gdzie jestem. Zamroczonym wzrokiem rozejrzałam się dookoła. Ku swojemu zdumieniu rozpoznałam, że znajduję się w jakiejś dużej szopie. Leżę na sianie. Powinnam się już przyzwyczaić, ale źdźbła suchej trawy nieprzyjemnie kuły mnie w ciało. Promienie porannego, zimowego słońca wpadały do szopy przez niewielki otwór w uchylonych drewnianych drzwiach. Kurz unosił się wokoło. Z daleka dochodziły mnie odgłosy miasta: głośne rozmowy, nawoływania, śmiechy, stukot końskich kopyt.

   A więc udało się, pomyślałam i, o dziwo, udało mi się uśmiechnąć. Długie dni ciężkiej, męczącej wędrówki nareszcie się skończyły. Dotarłam do Dennelii. W końcu ujrzę ojca. Peter miał rację: daliśmy radę.

   Peter. Uśmiech natychmiast spełzł mi z twarzy, kiedy uświadomiłam sobie, że nie ma przy mnie mojego brata. Jeszcze raz, nerwowo, omiotłam wzrokiem szopę. Siano, różnorakie narzędzia gospodarcze, stare, zniszczone meble. Ani śladu jasnowłosego chłopca. Już zaczynałam panikować, kiedy drzwi nagle otworzyły się szerzej, wpuszczając do szopy więcej światła, ale też i przenikliwego zimna.
- Peter! - chciałam wykrzyknąć jego imię, ale słabość sprawiła, że to, co wydobyło się z moich ust przypominało raczej charczenie umierającego zwierzęcia niż okrzyk radości.
Peter wspiął się na siano i przysiadł obok mnie. Wyciągnął dłoń, a ja poczułam jak mimo chłodu, ciepło rozlewa się po moim ciele.
- Chleb? - zapytałam z niedowierzaniem. Miałam wrażenie, że nie widziałam niczego do jedzenie od długich tygodni - To dla mnie?
Peter włożył mi do dłoni jeszcze ciepły bochenek. Pragnęłam nacieszyć się widokiem pożywienia, dokładnie obmacać go ze wszystkich stron, rozkoszować się jego świeżą, przepyszną wonią. Poznać go wszystkimi zmysłami, by dopiero na końcu poczuć jego smak, który tak niesamowicie mi się wyobrażał. Odgryzłam jednak połowę bochenka i przełknęłam ją nie zawracając sobie głowy przeżuwaniem. W tamtej chwili mało mnie obchodziło, że nie poczułam tego boskiego smaku. Po chwili po chlebie nie pozostał nawet najdrobniejszy okruszek. Wciąż byłam potwornie głodna, ale czułam się już nieco silniejsza.
- Skąd go wziąłeś? - zapytałam brata, a mój głos brzmiał już zdecydowanie lepiej.
Peter odwrócił wzrok.
- Z piekarni. - odpowiedział krótko.
Znałam mojego brata już niemal trzynaście lat i doskonale potrafiłam rozpoznać kiedy kłamie. Chleb nie był z piekarni. Dobrze o tym wiedziałam. Nie miałam jednak ochoty się z nim sprzeczać. Nie mieliśmy przy sobie żadnych pieniędzy, ani niczego co moglibyśmy wymienić na pieczywo. Byłam pewna, że właśnie zjadłam kradziony chleb.
- Dziękuję - powiedziałam czule głaszcząc go po dłoni - Jak dawno tu przybyliśmy?
- Przed chwilą. Znalazłem tę szopę i zostawiłem cię tu, a sam poszedłem znaleźć coś do jedzenia  dla nas - odparł słabym głosem. Był blady jak ściana, a oczy miał przekrwione.
- Teraz ty powinieneś odpocząć - postanowiłam - Ja będę czuwać, a ty się prześpij.
Pokręcił głową.
- Musimy szukać ojca. W końcu wyszło słońce i jest w miarę ciepło. Nie wiadomo, czy jutro też tak będzie. Nie mam zamiaru włóczyć się po mieście, od drzwi do drzwi, gdy szaleje śnieżyca.

   Jedna z licznych różnic między mną, a Peterem: ja pragnę wyruszyć na poszukiwania ojca już, w tej chwili, bo po prostu chcę go zobaczyć. Peter chce teraz, bo warunki ku temu są aktualnie bardziej sprzyjające.

   Przytaknęłam. Też nie miałam ochoty na powtórkę wędrówki w zimnie i śniegu. Poza tym, jeśli znajdziemy ojca, znajdziemy też porządniejsze schronienie i pożywienie. Nie będziemy musieli znowu kraść.. W wiosce, gdzie poprzednio mieszkaliśmy, często zdarzyło nam się okradać piekarnie, małe, przydrożne sklepiki. Ale staraliśmy się żyć jak najbardziej uczciwie. Trudno jest pogodzić wygodę z uczciwością. Polowaliśmy jednak w lesie na zwierzynę. W tej jednak chwili, mimo iż mieliśmy łuki i kołczany pełne własnoręcznie wykonanych strzał, nie mieliśmy wystarczająco siły, by udać się, do lasu i polować.

   Powoli zaczęłam wstawać. Zmusiłam nogi, by nie odmawiały mi posłuszeństwa i uspokoiłam dezorientujące zawroty głowy. Gdy w końcu udało mi się odzyskać równowagę i przygotować się do dalszej drogi, kontynuowania poszukiwań, drzwi ponownie się otwarły.

   Wzdrygnęłam się i odwróciłam gwałtownie. Do szopy wszedł starszy mężczyzna. Miał siwe rzadkie włosy i był przerażająco chudy. Wielki garb wykrzywiał jego sylwetkę. Stanął w miejcu i wbił rozgniewany wzrok w Petera, który jęknął cicho. Starzec wycelował krzywym, chudym palcem w mojego brata. Przemówił:
- Tu cię mam, zbóju! Nie dość, że kradniesz mój chleb, to jeszcze przesiadujesz w mojej szopie!
Spojrzałam na Petera zbita z tropu.
- Wiedziałam, że kradniesz - powiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego.
Peter wyglądał, jakby nie mógł się zdecydować, czy się wściekać czy płakać. Starzec zwrócił się ku mnie:
- Aha! Czyli ty też jesteś w to zamieszana!
Błyskawicznie uniosłam dłonie do góry.
- Nie! Proszę pana, niech pan zaczeka. Da mi wytłumaczyć... - zaczęłam starając się zachować spokój.
- Tu nie ma czego tłumaczyć! - przerwał mi - Wstrętne dzieciaki!
- Wzięliśmy tylko dwie kromki chleba i na chwileczkę zatrzymaliśmy się w tej szopie - odezwał się Peter - Przepraszamy bardzo, jeżeli to pana...
- Milcz, ty złodzieju! Trzeba się było zatrzymać, kiedy cię wołałem. Teraz dostaniesz dwa razy mocniej! - zagroził mu mężczyzna.
- Nie będzie pan bił mojego brata! - wykrzyknęłam tracąc kontrolę. Zastanawiałam się, czy wszyscy mieszkańcy Denneli są właśnie tacy? Czy tata też taki jest...? Modliłam się w duszy, by człowiek przede mną, nie okazał się moim ojcem - Byliśmy głodni i zmęczeni! Mój brat próbował pomóż.
Starzec zmierzył mnie lodowatym wzrokiem. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała nieco za szybko. Wyglądał na porządnie wyprowadzonego z równowagi.
- Myślisz, niesforna dziewucho, że to was usprawiedliwia? - wypalił w końcu - Kradzież to kradzież. Twój brat przed mną uciekał, kiedy za nim krzyczałem. A na dodatek, siedzicie sobie w mojej szopie, wśród moich rzeczy. Co mam sobie o tym myśleć, hę?
- Może najpierw nas pan wysłucha, a potem zacznie myśleć, hę? - przedrzeźniałam go.
Ups!, pomyślałam i skrzywiłam się, widząc jak coraz większe niezadowolenie maluje się na jego pomarszczonej twarzy.
- Jesteś jeszcze gorsza, niż ten twój brat - warknął - Nie ma niczego za darmo. Zapłacicie mi za chleb, przesiadywanie w mojej szopie, lekceważenie mnie, denerwowanie i chamskie obrażanie.
- Nikt pana nie obraża! - sprzeciwił się Peter.
- Z wyjątkiem tej panienki - starzec machnął pogardliwie ręką w moją stronę - Dlatego jej dostanie się pierwszej.

   Ruszył w moim kierunku. Poruszał się o wiele szybciej niż można by się spodziewać. Cofnęłam się o krok, nie wiedząc co robić, ani co powiedzieć. Mężczyzna uniósł groźnie dłoń, przygotowując się do uderzenia. "To tylko stary, bezbronny dziadek", powtarzałam sobie. "Nie może zrobić mi krzywdy". Z drugiej strony, ten dziadek wyglądał na bardzo rozgniewanego i silnego. A ja byłam zmęczona, głodna i obolała.

   Peter rzucił się na starca, odpychając go kilka metrów w bok. Mężczyzna wydał zduszony okrzyk i z trudem utrzymał się na nogach. Pacnął ręką w ramię mojego brata, ale to widocznie nie zrobiło na nim wrażenia. Peter otworzył usta, by coś powiedzieć, kiedy starzec chwycił stojący na starym, zakurzonym stole duży granatowy garnek i z całej siły uderzył nim w głowę chłopca. Peter krzyknął krótko i złapał się za głowę, usuwając się na kolana.

Cudownie, nie przewidziałam, że stary, bezbronny dziadek może być władcą garnka. Przestraszona przycisnęłam się do ściany.
- Przepraszamy! - pisnęłam - Proszę nam wybaczyć! Szliśmy tutaj przez wiele dni. Szukamy ojca. Chcieliśmy tylko nabrać sił...
- Musicie mi zapłacić! - powtórzył starzec przybliżając się. Przygotował garnek.
Wiedziałam, że za chwilę poczuję ból. Że ten niezwykle silny, uparty i nie do końca normalny dziadek, będzie tłukł mnie swoim garnkiem, aż do nieprzytomności. Zacisnęłam powieki, zacisnęłam dłonie w pięści. Nie miałam siły, by znosić kolejne męki. Chciałam tylko odnaleźć w końcu tatę. Skupiłam się, pragnąc zemdleć sama niż okładana zardzewiałym naczyniem. Tak bardzo nie chciałam, by ten dziadek mnie pobił...
- Evanglelino, nie! - krzyknął Peter ostrzegawczo.

   Otworzyłam oczy, by zerknąć. Usłyszałam donośny trzask łamiącego się drewna, tuż po mojej lewej. Coś wybiło ścianę. Przed moją twarzą przemknęła gałąź drzewa, które stało obok szopy. Sucha, gruba gałąź zmierzała w kierunku na w pół przerażonego, na w pół zdziwionego starca. Nim zdążył krzyknąć, uderzyła go w brzuch odrzucając dobre kilka metrów w tył. Mężczyzna z wrzaskiem uderzył w szafę po drugiej stronie szopy. Drzewo tymczasem zaczęło się cofać. Ponownie przemknęło tuż przed moim nosem i gałąź wróciła na swoje miejsce.

  Nie żebym się bardzo zdziwiła. To się już zdarzało. Ale nigdy nie przy ludziach. Osłupiała stałam w miejscu, podczas gdy Peter podbiegł do starca. Leżał na ziemi, podparty na łokciach i patrzył na mnie z niedowierzaniem. Ale w tych oczach rozpoznałam coś jeszcze. Nie miałam wątpliwości, za dużo razy już to widziałam. To był lęk.
- Nic się panu nie stało? - zapytał Peter, klękając przed nim.
Nie odpowiedział. Wpatrywał się we mnie, a ja w niego. Na około zaczął zbierać się tłum ciekawskich. Ludzie gapili się to na mnie, to na starca, to na Petera, ale ich uwagę przykuła przede wszystkim dziura w ścianie. Nikt nie ośmielił się zainterweniować. Mówili przyciszonym, podenerwowanym głosem i obserwowali dalszy rozwój wydarzeń.
- Proszę pana, nic panu nie jest?! - zawołał Peter.
Chłopiec odwrócił głowę i popatrzył na mnie przez ramię. Na jego twarzy malowało się takie przerażenie i troska, że natychmiast ochłonęłam z szoku. Powoli podeszłam do brata. Przysiadłam na piętach tuż przed starcem i spojrzałam na niego, starając się pokazać mu oczami, jak wielkie było moje poczucie winy.
- Ja... przepraszam. Przepraszam pana bardzo - powiedziałam.
Świdrował mnie wzrokiem tak bardzo, że aż poczułam dyskomfort. Mimo to, cały czas odwzajemniałam jego spojrzenie.
- To ty... To ty to zrobiłaś? - wymamrotał w końcu. Uniósł trzęsącą się rękę i przez dziurę wskazał drzewo, które teraz wyglądało zupełnie zwyczajnie. Tak jakby przed chwilą wcale nie miotało się po szopie bijąc ludzi zgodnie z moją wolą.
Wymieniłam spojrzenia z Peterem. Szepty stawały się coraz głośniejsze. Przepełnione coraz większym strachem.
To miała być tajemnica.
- Jak nazywa się wasza matka? - zapytał ktoś z tłumu.
Podniosłam wzrok. Nie potrafiłam rozpoznać, kto zadał pytanie. Dlaczego teraz mnie o to pytają? Nim zdążyłam się zastanowić, odpowiedziałam:
- Nasza matka nie żyje. Nazywała się Eva Bromus.

   Wystarczyło jedno spojrzenie na brata, bym zorientowała się jak wielki błąd popełniłam odpowiadając. Dobiegły nas ciche okrzyki, westchnienia przerażenia. Czułam coraz większy niepokój. Czułam, że jest źle.
- To oni... - wymamrotał starzec. Wyglądał jakby zobaczył ducha. Gwałtownie zaczął się wycofywać.
- Czy ktoś wyjaśni nam, o co chodzi? - zapytał Peter, a w jego głosie wyczułam strach.
- To oni... - powtórzył starzec, jak w transie.
 - Myślałem, że już nie żyją - odezwał się ktoś.
 - Byłam pewna, że umarli na samym początku - zawtórowała mu jakaś kobieta.
 - Wiecie, co to oznacza?
 - Niebezpieczeństwo...
 - Czy nagroda dalej jest aktualna?
Nie mogłam znieść tych wszystkich oczu wlepionych w nas.
- Schwytać ich! - usłyszałam - Schwytać ich i przyprowadzić przed oblicze królowej. Ta dwójka musi zginać!

   Jeśli komuś nie wystarcza taka groźba, to z całą pewnością zmusi go do ucieczki widok kilkunastu par rąk wyciąganych nagle w jego kierunku i zbiorowy, przyprawiający o dreszcze okrzyk. Peter złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę dziury, którą stworzyłam. Nie przeciwstawiałam się.
Wybiegliśmy na ulice. Ludzie zatrzymywali się patrząc z dziwieniem na pogoń. Nasi myśliwi nawoływali ich, by pomogli. Powtarzali nazwisko naszej matki, krzyczeli o atakującym drzewie. Niektórzy się do nich przyłączali, ale większość wydawała się zdezorientowana lub zbyt przestraszona. Byli tacy, co uciekali nam z drogi. Nie wiedziałam, gdzie podążamy.

- Co się dzieje?! - zawołałam do Petera w biegu.
Nie odpowiedział. Zamiast tego sięgnął do swojego kołczana i wyciągnął strzałę. Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem.
- Co ty wyprawiasz?! Chyba nie masz zamiaru ich zabić? - zapytałam.
Popatrzył na mnie. Widziałam jak walczy sam ze sobą, widziałam jego niezdecydowanie i bezsilność.
- Nie mamy wyboru, Evangelino - powiedział - Strzelaj.
Poczułam się, jakby ktoś wbił mi nóż w serce. W życiu nie słyszałam gorszych i bardziej pustych słów z ust mojego brata.

   Nałożył strzałę na cięciwę i wypuścił ją. Po ułamku sekundy usłyszałam krzyk bólu. Peter nie patrząc na to co uczynił, sięgnął po kolejną strzałę. Biegłam przed siebie, ale nie spuszczałam wzroku z jego twarzy.
- Strzelaj! - powtórzył.
- Chcesz ich wszystkich zabić? - powtórzyłam raz jeszcze.
- Strzelaj! - tym razem w jego głosie pobrzmiewała wyraźna rozpacz. Wiedziałam, że on wcale tego nie chce - Strzelaj, inaczej oni nas zabiją! Nie znajdziemy ojca, nie dowiemy się, o co w tym wszystkim chodzi!

   Czułam się paskudnie. Wiedziałam, że robię coś bardzo złego, coś nie wybaczalnego. Przecież mogłam znaleźć inne, lepsze wyjście. Wcale nie musiałam tego robić. Ale zrobiłam to.
Oderwałam wzrok od brata. Wyciągnęłam strzałę, nie zatrzymując się wymierzyłam ją w jakąś kobietę. Puściłam. A strzała poszybowała kilka metrów i wbiła się w jej szyję. Gardłowy krzyk, wytrysk krwi, wielkie, szkliste oczy. Nie chciałam widzieć więcej. Wyciągnęłam kolejną strzałę.
Zabiłam pierwszego człowieka. Przecież mogłam znaleźć inne wyjście.

   Nim zdążyłam się zorientować, coś ciężkiego uderzyło mnie w głowę. Świat zawirował, po czym zapadłam w ciemność. Jak zza grubej ściany usłyszałam krzyk Petera, a następnie donośny ryk mieszkańców.

   Złapali nas. Ale nie obchodziło mnie to. Nawet nie zastanawiałam się, co to oznacza. Jedyne o czym myślałam to to, że ofiara tamtych ludzi poszła na marne.

   Ta ponura myśl towarzyszyła mi, gdy ktoś mnie podźwignął. Po raz drugi straciłam przytomność. Tym razem już nie w ramionach mojego brata.

4 komentarze:

  1. Drzewo? No tego chyba jeszcze nie było :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam :)
    Powiem szczerze, że bardzo spodobało mi się Twoje nowe opowiadanie. Szczególnie, że o wile bardziej podoba mi się Twój styl teraz niż w BATMANI. Jest bardziej dopracowany, plastyczny. Naprawdę mogłam sobie to wszystko wyobrazić - szczególnie w pierwszym rozdziale. Podziwiam wiarę rodzeństwa, że postanowili przejść taki szmat drogi tylko na podstawie słów jakiegoś starca.
    Ciekawi mnie, o co chodziło z ich matką. Może była czarownicą i jej moc przeszła na dzieci, a ojciec nie chcę się do nich przyznać?
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam już dawno, ale byłam na obozie (miliony screenów), więc piszę dopiero teraz. Rozdział po prostu super, nie mogę się doczekać co będzie dalej. Otwierasz coraz więcej wątków... zobaczymy, co z tego wyjdzie :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Rozdział strasznie smutny, znowu :c Najpierw umierają z głodu, potem jakiś koleś chce ich zbić, a potem nagle zaczyna ich gonić całe miasto...
    ALE przepraszam, władca garnka mnie rozwalił :'DDD
    No dobra, co będzie dalej? Skoro ci ludzie już ich złapali, to co teraz się z nimi stanie...? :o
    Już się boję :o
    I lecę dalej, do kolejnego zapewne świetnego rozdziału :D

    OdpowiedzUsuń