Powoli schyliłam głowę i z lękiem popatrzyłam w dół. Za wysoko. Byliśmy stanowczo za wysoko. Jak głęboka jest woda pod nami? To nie miało znaczenia. Jeżeli liny pękną, a my spadniemy, rozbijemy się i tak i tak. O taflę wody lub o dno. Pozostawało tylko jedno wyjście.
- Stanie nic nam nie da. Tylko tracimy czas - odezwał się Peter. Głos miał spokojny, ale napięty - Ruszajcie powoli.
Problem w tym, że na koniu nie da się poruszać wystarczająco powoli i zgrabnie. Zwierzęta wyczuły nasz niepokój. Zdenerwowały się, tupały nogami, naprawdę ciężko było je opanować. Z rosnącym przerażeniem spojrzałam przed siebie. Liny pękały szybciej. Zostało nam zaledwie kilka sekund.
- Nie zdążymy - jęknęłam.
- Zejdźmy z koni - zaproponował Peter - Zostawmy je.
- Nie! - sprzeciwiłam się.
- Musimy! - odkrzyknął Peter.
- Biegnijmy! - dołączył William - Gilbert, biegnij!
Gilbert, bez zastanowienia, uderzył piętami w boki konia i popędził do przodu. Nasza trójka zrobiła to samo. I to był błąd.
Cienki sznurek przy jednym ze słupów na wzgórzu przed nami, na którym trzymała się konstrukcja, w końcu pękł.
- Zejdźcie z koni! - wrzasnął Peter.
Konie zarżały głośno z przerażenia. Mój ogier stanął na tylnych nogach, zrzucając mnie w tył. Z jękiem uderzyłam plecami o twarde drewno. W tej samej chwili lewa strona mostu gwałtownie runął w dół.
Koń Gilberta spadł w przepaść, na szczęście jeździec zdążył zejść i chwycić się lin po przeciwnej stronie.
- W tył! Zawracajcie! - zawołał.
Nim zdążyłam zareagować, pękła druga lina. Usłyszałam głośny krzyk. Dopiero po chwili zorientowałam się, że ja też krzyczę. Ślizgałam się po drewnie, rozpaczliwie próbując się czegoś złapać. Most wisiał już tylko na dwóch zniszczonych linach. Dłonie boleśnie ocierały się o grube, szorstkie liny. Po chwili już do nich nie sięgałam. Z zawrotną szybkością zbliżałam się do końca mostu. Spadałam.
Nie mogłam znieść wirującego w szaleńczym tempie dookoła mnie świata. Już wiedziałam, że nie zdążę się złapać i utrzymać na moście. Zacisnęłam mocno powieki, by nie widzieć zbliżającego się srebrnego lustra wody. Jedyne co słyszałam to pęknięcie trzeciej liny i własny, przeraźliwy krzyk.
Poczułam czyjś dotyk. Gwałtownie się zatrzymałam. Otworzyłam oczy. William trzymał mnie kurczowo za nadgarstek. Wisiał na samym końcu mostu, jedną dłonią trzymając linę, drugą mnie.
Spojrzałam w dół. Rzeka płynęła szybko jakieś trzydzieści metrów pod moimi stopami. Wciąż byłam za wysoko. Widziałam jak nasze konie wpadają do rzeki. Woda rozpryskała się na wszystkie strony. Nie mogłam przestać wymachiwać nogami i wolną ręką. Słyszałam głuchy odgłos, huk. Z powrotem popatrzyłam na Williama.
- Wciągnij nas! - wrzasnęłam z głosem przepełnionym strachem i rozpaczą.
Jego twarz poczerwieniała i wykrzywiła się z wysiłku, gdy próbował podnieść nas ku górze.
- Nie mogę! - odkrzyknął.
- Wciągnij nas! - powtórzyłam dużo głośniej, czując jak panika przejmuje nade mną kontrolę.
Nie chcę spadać. Naprawdę, bardzo bardzo nie chcę.
Czułam ból, kiedy paznokcie Williama wbijały się w moją skórę, raniąc do krwi.
- Przestań się tak rzucać! - krzyknął niemalże płacząc.
Nie słuchałam go. Krzyczałam głośno, szamocząc się jeszcze bardziej. Chciałam być ptakiem, który im mocniej i szybciej porusza skrzydłami, tym lepiej lata, łatwiej utrzymuje się w powietrzu. Ale to nie była prawda. Nie byłam ptakiem. Byłam Evangeliną, która się poddała i puściłam dłoń Williama.
- Nie! - zawołał wyciągając do mnie rękę.
Z całej siły próbowałam ułożyć się tak, by wpaść do wody nogami. Jednak spadałam narażając plecy na przyjęcie uderzenia. Patrzyłam jak William nade mną robi się coraz mniejszy i mniejszy. Aż w końcu ponownie zamknęłam oczy i znieruchomiałam, przestając wymachiwać rękoma i nogami w rozpaczy.
Przed oczami miałam obraz koni uderzających z hukiem do rzeki i wodę rozpryskującą się, lśniącą w promieniach zachodzącego słońca. Wiedziałam, że za chwilę, za kilka krótkich sekund, ja też wpadnę do lodowatej wody i spowoduję kolejny taki rozprysk.
Spadałam swobodnie. Moje łzy znikały nim zdążyłam poczuć je na policzkach, włosy, rozwiane wokół głowy uderzały w twarz. Słyszałam głośny szum wiatru i rzekę pode mną. Zacisnęłam mocno pięści, przygotowując się, być może na najgorsze.
Uderzenie wywołało przeraźliwy ból w okolicach kości ogonowej. W błyskawicznym tempie, zwiększając się, przeszedł przez kręgosłup, rozlewając po boleśnie kurczących się żebrach i zatrzymał się dopiero z tyłu głowy, promieniując na całą czaszkę. Widziałam tylko ciemność. W głowie miałam zamęt. Im bardziej się rzucałam, im bardziej chciałam wypłynąć na powierzchnię, tym głębiej się zanurzałam. Powietrze uciekło z płuc. Dusiłam się. Rozpaczliwie potrzebowałam powietrza. Powietrze. Tylko to się wtedy liczyło. Nic więcej. Ból, troska o brata i towarzyszy, martwienie się o przyszłość misji... To nie miało znaczenia. Znaczenie miało tylko powietrze.
Wyłoniłam głowę odrzucając włosy do tyłu. Głośno zaczerpnęłam jak największy haust powietrza. Większy niż mogłyby pomieścić płuca. Do tej pory nie wiedziałam, że oddychanie może być tak wielką przyjemnością. Wymachiwałam nogami jakby w szaleństwie, próbując utrzymać się na powierzchni, uderzałam dłońmi w taflę wody. Prąd ciągnął mnie szybko w tył. Walcząc o każdą dodatkową odrobinę tlenu i o każdy centymetr nad wodą, rozejrzałam się dookoła, próbując rozeznać się w sytuacji. Wzburzona przez moje gwałtowne ruchy woda, była niemal na wysokości moich oczu, co utrudniało mi widzenie.
` - Peter... - wyszeptałam, rozglądając się nerwowo - Gdzie jesteś?
Dostrzegłam ruch kątem oka. Obróciłam głowę i spojrzałam. Chłopiec leżał twarzą w wodzie i nie poruszał się.
- William! - wrzasnęłam rzucając się w jego stronę.
Płynąca zdecydowanie za szybko rzeka, obezwładniający ból w całym ciele, szum w uszach, zawroty głowy, szok i wciąż niedobór powietrza. To wszystko nie ułatwiało mi zadania. Pragnęłam albo już wydostać się z tej wody, albo zemdleć. Nie chciałam się dłużej męczyć. Nie miałam na to siły.
W końcu udało mi się dotrzeć do księcia. Natychmiast odwróciłam go twarzą do góry. Był blady, oczy miał zamknięte. Jęknęłam z rozpaczy i objęłam go mocno, przerzucając jego bezwładną rękę przez moje obolałe ramię.
Muszę się stąd wydostać, pomyślałam walcząc z nawracającą paniką. Brzeg był oddalony o jakieś dziesięć metrów. Wydawało by się, że nie wiele. Powinnam bez problemu przebyć taką odległość. Okazało się jednak, że pokonywanie jej w takich warunkach i z nieprzytomnym księciem na ramieniu, było jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek robiłam. Kompletnie nie miałam już sił. Po przepłynięciu zaledwie dwóch metrów, szlochałam głośno z bólu, wysiłku i strachu. Nogi pracowały coraz wolniej. Woda co chwilę zakrywała moją głowę, odcinając dopływ powietrza. Czułam przenikliwe, wręcz paraliżujące zimno. Każda cząstka mojego ciała błagała o litość.
- Obudź się! - krzyknęłam na Williama, przełykając łzy i lodowatą wodę - Obudź się, proszę!
Wiedziałam, że nie dotrę do brzegu... Ale moment. Z drugiej strony, jeszcze przed chwilą byłam pewna, że spadnę i zginę, rozbijając się o wodę. Może mogę dotrzeć na brzeg w jakiś inny sposób?
Spróbowałam oczyścić umysł. Inny sposób, muszę znaleźć inny sposób. Rozejrzałam się dookoła. Było pewne, że nie dam rady dopłynąć, ale mogę...
Zacisnęłam mocno powieki, skupiając się tak mocno, jak tylko było to wówczas możliwe. Ostatnie siły jakie miałam, poświęciłam na zrealizowanie swojego pomysłu. Miałam nadzieję, że tyle mocy wystarczy.
Drzewo stojące przy brzegu, wygięło pień w nienaturalny sposób. Usłyszałam głośne trzaśnięcie z jego wnętrza, jakby stało tak nieruchome już od setek lat. Rozłożyste, łyse gałęzie powoli zaczęły się do nas zbliżać.
- Szybciej... - wysapałam, krzywiąc się z wysiłku.
William zsuwał się pod wodę, miałam coraz mniej energii. Woda oddalała nas od drzewa.
Wyciągnęłam rękę ku gałęziom i rozwarłam dłoń. Byliśmy coraz dalej. Nie mogłam już bardziej naciągnąć drzewa. Z wrzaskiem odepchnęłam się jeszcze raz i zaczęłam płynąć pod prąd. Jeszcze kawałek, kawałeczek... Dwadzieścia centymetrów, dziesięć, pięć...
Chwyciłam jedną z grubszych gałęzi i niemal zaśmiałam się z ulgi. Z trudem przerzuciłam powoli odzyskującego przytomność Williama przez pień drzewa.
- Trzymaj się! - zawołałam, jedną ręką wciąż go ubezpieczając.
Nie wiedziałam, co kosztuje więcej sił: przeczołgiwanie się po drzewie czy użycie mocy, by samo wróciło do pierwotnej postaci. Zrobiłam to drugie, by nie musieć ciągnąc za sobą Williama. Drzewo powoli się wyprostowało, a my padliśmy na brzeg.
Leżałam na brzuchu, podpierając się na drżących rękach. Kaszlałam, łapczywie chwytałam powietrze i plułam wodą. Mroczki tańczyły mi przed oczami, czułam jak ciążą mi powieki. Gdy największy strach minął i udało mi się trochę uspokoić, płożyłam dłoń na plecach Williama.
- Wszystko dobrze? - wycharczałam.
Pokiwał głową zanosząc się kaszlem. Ignorując go, ułożyłam głowę na ziemi i wtuliłam twarz w trawę. Zamknęłam oczy. Chciałam płakać z przerażenia, a jednocześnie śmiać się z radości, ulgi. Ale nie miałam siły na nic. I chociaż po ostatnich wydarzeniach powinnam cenić oddychanie, teraz nie chciało mi się nawet tego. Pragnęłam po prostu odpłynąć... Chociaż to chyba nie jest odpowiednie słowo...
Byłam już blisko zaśnięcia, kiedy usłyszałam znajomy głos i poczułam potrząsanie. Nie odzywałam się, ani nie otwierałam oczu, dopóki nie uświadomiłam sobie, kto mną potrząsa. Zerwałam się nagle.
- Peter! - krzyknęłam, otwierając gwałtownie oczy.
- Już dobrze - powiedział chłopiec i przyciągnął mnie do siebie.
Przytulił mocno. Oboje byliśmy zupełnie mokrzy, ale w końcu poczułam się bezpiecznie. Przycisnęłam policzki do jego piersi. Trzęsłam się w jego ramionach. Głaskał mnie po pękającej z bólu głowie.
Siedzieliśmy tak w milczeniu i próbowaliśmy złapać oddech. W życiu nie pragnęłam niczego mocniej niż w tamtej chwili snu. Ponownie zaczęłam zasypiać , kiedy doszedł mnie szloch. Otworzyłam oczy. Gilbert siedział na trawie kilka metrów dalej. Głowę miał schowaną w ramionach i trząsł się w płaczu.
Peter odsunął mnie od siebie i podszedł do młodego rycerza. Ja i William poszliśmy za nim.
- Gilbert? Co się stało? - spytał Peter klękając przed nim - Jesteś ranny? Gilbert?
Kiedy chłopiec nie odpowiedział, Peter posłał mi zaniepokojone spojrzenie. Przeczołgnęłam się i siadłam obok.
- Gilbert, słyszysz nas? - przemówiłam łagodnie, kładąc mu dłoń na ramieniu.
- To moja wina - powiedział zduszonym głosem, nie podnosząc głowy.
- Jak to twoja wina? - zapytałam.
- To przeze mnie to się stało. To moja wina.
Wymieniłam spojrzenia z bratem i księciem.
- Liny były przecięte, Gilbert - powiedziałam - To nie była twoja wina.
Potrząsnął chaotycznie głową.
- Nie zauważyłem tego. To przeze mnie. Składałem przysięga. Obiecałem chronić księcia. A teraz prawie nas pozabijałem.
- Ktoś przeciął liny, kiedy już weszliśmy na most - odezwał się Peter.
Popatrzyłam na niego.
- Zauważylibyśmy to - powiedziałam - Przecięcie tak grubych lin wymaga czasu.
- Ale na pewno ktoś je wtedy przeciął! Wcześniej wszystko było w porządku! - upierał się Peter.
- To nie logiczne!
- Przestańcie się kłócić - wtrącił William - Peter ma rację.
- Och, błagam! - obróciłam oczami - Mówisz tak, tylko dlatego, bo nie chcesz stanąć po mojej stronie.
- To moja wina - powtórzył Gilbert.
- Nie twoja - rzekł William - Ja po prostu jej nienawidzę,
- Nie twoja, Gilbercie - powiedziałam kładąc dłoń na ramieniu rycerza i nie zwracając uwagi na księcia. Dlaczego nie zostawiłam go w tej wodzie?
- Prawie nas zabiłem. Wiedziałem... Wiedziałem, że nie mogę iść - rzekł - Nie nadaję się na rycerza.
- Głupoty mówisz - powiedziałam - Jesteś doskonałym rycerzem.
Podniósł powoli głowę i spojrzał na mnie załzawionymi, wielkimi oczami. Twarz miał czerwoną od płaczu.
- Nie prawda. To moja wina. Prawie nas zabiłem.
- Posłuchaj siebie, Gilbercie...
- Jest w szoku - osądził William przyglądając mu się badawczo - Musi odpocząć, jak wszyscy.
Lepiej znajdźmy jakieś miejsce na obóz, rozpalmy ogień. Musimy chociaż trochę wyschnąć, nim słońce całkiem zajdzie.
- Książę ma racje - powiedział Peter.
- Ja nie idę - Gilbert pokręcił głową - Zostawcie mnie tutaj.
- O czym ty mówisz? - William zmarszczył brwi.
- Ja tutaj zostanę. Mi tu dobrze.
- Gilbercie, zaraz ci przejdzie, zobaczysz. A teraz chodź z nami - zarządziłam.
- Nie, nie przejdzie - nacisnął chłopiec - Nie spisałem się. Zawiodłem księcia, króla. Ja... ja popełniłem błąd...
- Przestań - przerwał mu Peter - Posłuchaj mnie. Ta sprawa dotyczy nas wszystkich. Mnie, ciebie,księcia Williama i mojej siostry. Jak na razie wszystkich tak samo. I dlatego nie zostawimy cię tu, zabierzemy cię ze sobą. Działamy razem, wszyscy we czwórkę. I pomagamy sobie wzajemnie.
- Ale to moja wina - upierał się Gilbert jak małe dziecko.
- To że spadliśmy? Albo to wina nas wszystkich, albo nikogo z nas - rzekł Peter - Chcemy czy nie, jesteśmy teraz jedną drużyną. A ty do niej należysz.
Gilbert sprawiał wrażenie nieco spokojniejszego. Powoli i niepewnie skinął głową. Milczeliśmy i czekaliśmy do póki całkowicie nie wrócił do siebie. Wydawał się być zażenowany swoim rozchwianiem. Przetarł twarz i wstał.
- W porządku. Chodźmy - powiedział z nagłą pewnością siebie.
Uśmiechnęłam się do niego słabo i z pomocą Petera wstałam. Mój brat już chciał ruszyć za Gilbertem i Williamem, ale złapałam go za rękę. Odwrócił się i spojrzał na mnie pytająco.
- Właśnie dlatego nie ucieknę - szepnęłam.
- Słucham?
- Ta sprawa dotyczy nas wszystkich. Działamy razem, wszyscy we czwórkę - powtórzyłam jego własne słowa.
Ramiona mu opadły i już miał się sprzeciwiać, ale weszłam mu w słowo.
- Chcę poznać tatę, chcę wiedzieć dlaczego jesteśmy Przeklęci... Dlaczego mam te dziwaczne umiejętności, za które zabijają. Chcę wiedzieć kim są ci Kalaidarczycy i nie dopuścić do wojny. Nie ucieknę.
Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, wyprzedziłam go i dogoniłam Williama i Gilberta, by mój brat przynajmniej na razie nie poruszał tego tematu.