piątek, 31 lipca 2015

ROZDZIAŁ IV

   Mijały godziny. Słońce powoli, jakby celowo zwlekając, by obejrzeć to widowisko przesuwało się po błękitnym niebie. Cały czas klęczałam przywiązana do słupa, a rycerze Sebastian i  Gilbert byli moimi strażnikami. Stali nieruchomo po obu moich stronach i pilnowali, by nikt zbyt bardzo mnie nie skrzywdził. Jednak wyrażali zgodę na moje cierpienie i upokorzenie.

   Mieszkańcy Dennelii podchodzili do mnie i wyrzucając z siebie różnorakie, potworne przekleństwa kopali i okładali pięściami. Byli tacy, którzy szarpali mnie za włosy do tyłu i całowali w policzki, usta, szyję. Ich oddechy cuchnęły paskudnie. Po tym odsuwali się ode mnie i spluwali na moją twarz, szydząc. Ludzie wskazywali mnie palcami, wyśmiewali i kpili. Wykrzykiwali obrazy. W ciągu całego dnia obrzucono mnie tysiącami pogardliwych spojrzeń. Z każdym uderzeniem zwijałam się w kłębek i z trudem tłumiłam krzyk. Pojękiwałam cicho i pozwalałam, by łzy spływały po mojej twarzy. Zrozpaczona kręciłam głową słysząc okrutne słowa, jakimi się do mnie zwracano. Chociaż panowało przyjemne ciepło, drżałam. Nie było takiego punktu na mej duszy i ciele, gdzie nie zostałabym dotkliwie zraniona.

   Większość jednak utrzymywała dystans. Kiedy powoli podnosiłam obolałą głowę, widziałam jak gwałtownie odwracają przestraszony wzrok. Przechodzili szybko, jak najdalej ode mnie. Bali się mnie. Bali się wieźmy.

   Klęcząc pod słupem w głowie wciąż słyszałam wypowiedziane przez Gilberta na samym początku słowa. Oznajmił ludowi, że jestem córką zdrajczyni. Nigdy nie znałam swojej matki. Nie pamiętałam jej. Wiadomość, że Eva Bromus była czarownicą nie zdziwiła mnie. Musiałam po kimś odziedziczyć ten dar. Chociaż bardziej trafnym określeniem byłoby Przekleństwo. Ale co to znaczy, że była zdrajczynią?

   Co gorsza, ten młody rycerz zdradził, kto jest moim ojcem. Moim tatą, o którym zawsze tak wiele rozmyślałam. Mężczyzną dla którego przybyłam tutaj z dalekiej północy. Powinnam się cieszyć. Wiem kogo szukać. Ale prawda jest taka, że czułam się jeszcze bardziej zakłopotana. Gilbert nazwał go Królem Bestii z Kalaidardy. Ten tytuł, ta nazwa przyprawiały mnie o dreszcze. Król? Bestia? Kalaidara? Co to wszystko znaczy? Tłum zawył z nienawiścią słysząc czyją jestem córką. Im dłużej nad tym myślałam tym bardziej czułam się skołowana.

   W końcu udało mi się zupełnie odpłynąć myślami. Wciąż byłam przytomna - niestety - ale w głowie czułam pustkę. Była taka przyjemna... Po tej burzy, która szalała w niej przez całe dwa tygodnie, kiedy siedziałam w zamknięciu, po tym jak publicznie upokarzana osiągnęła swój szczyt, w końcu ustała. Klęczałam ze spuszczoną nisko głową, wbijałam pusty wzrok w coraz bardziej posiniaczone kolana. Mój mózg był zbyt wykończony, nie miałam siły by reagować na kolejne bolesne uderzenia i na równie bolesne słowa- noże.

   Późnym popołudniem Sebastian i Gilbert pochylili się nade mną. Wspólnie rozwiązali sznury na moich nadgarstkach i kościach. Gdy już nic mnie nie podtrzymywało przy słupie, osunęłam się bezwładnie na ziemię. Rycerze, nie spiesząc się, ponownie zgarnęli mnie na ramiona. Gdy przekraczaliśmy próg zamku, towarzyszyły nam oburzone nawoływania ludu.

   Niesiono mnie tym samym korytarzem co rano. Domyśliłam się, że wracam do swojej celi. Pragnęłam wolności, chciałam uciec z tego przeklętego miasta i dopiero potem myśleć, co dalej. Ale nie przeciwstawiałam się. Leżałam nieruchomo i pozwoliłam rycerzom wlec mnie przez cichy, chłodny zamek.

   Nagle usłyszałam kroki. Zorientowałam się, że ktoś biegnie w naszą stronę. Po chwili doszły mnie nawoływania. Nie zwróciłabym na to uwagi, gdybym nie usłyszała znajomego głosu.
- Evangelino! - zawołał Peter.
Siła powróciła do mnie gwałtownie i przepełniła całe moje jestestwo. Poderwałam się energicznie i jednym szarpnięciem wyrwałam z rąk moich strażników.
- Hej! - wrzasnął Sebastian zdezorientowany.

   Peter wybiegł zza zakrętu na końcu długiego, ciemnego korytarza. Kulał na jedną nogę, ale pędził w moim kierunku szybciej, niż gdy uciekaliśmy przed rozwścieczonymi mieszkańcami Stolicy. Zawsze był chudy, ale w ciągu tych dwóch tygodni jego ciało niemal znikło. Blada skóra była zawieszona na kościach. Wychudzona twarz przybrała niezdrowy zielonkawy odcień. Okryły ją siniaki i zadrapania. A mimo to uśmiechał się do mnie szeroko. Za nim pędzili dwaj inni strażnicy w rycerskich zbrojach.

   Poczułam jak ciepło rozlewa się po moim sercu.
- Peter! - krzyknęłam radośnie i nim Sebastian i Gilbert zdążyli mnie złapać, rzuciłam się pędem przez korytarz.
- Stój! - zawołał Sebastian, chwytając powietrze.

   Chociaż ból rwał każdy fragment mojego ciała, biegłam szybko, przyćmiona euforią. Wpadłam w ramiona Peterowi i upadłam na kolana. Chłopiec przyciągnął mnie mocno do siebie i przycisnął moją głowę do swojej chudej piersi. Wtuliłam się w nią i załkałam ze szczęścia. Pogłaskał mnie po głowie, czule pocałował w czoło.
- Mówili mi, że cię skrzywdzili - odezwał się, a jego głos łamał się od emocji - Wmawiali mi, że nie żyjesz. Dopiero dzisiaj powiedzieli, że to nie prawda. Myślałem, że... Myślałem...
- Cii, spokojnie - szepnęłam, odsuwając się od niego. Pogłaskałam jego mokry od łez policzek - Nic mi nie jest. I jestem tutaj.

   Pokiwał nerwowo głową. Jego jasne włosy były rozczochrane bardziej niż zwykle, zlepione krwią i potem. Ze złamanego nosa ciekła krew. Jego brązowe oczy były zapadnięte. Wydawały się ciemniejsze, ale były tak samo ciepłe jak zawsze.
Pokręciłam powoli głową, odgarniając brudne włosy z jego czoła.
- Co oni ci zrobili? - zapłakałam.
Nie odpowiedział, tylko przytulił mnie jeszcze raz do siebie.
- Mówili mi, że nie żyjesz - wymamrotał. Wydawał się być w szoku.

  Poczułam szarpnięcie od tyłu. Zaszlochałam, gdy odciągnęli mnie od niego. Gilbert wziął mnie na ramiona. Zaczęłam tłuc go pięściami z całej siły.
- Puszczaj! - powtarzałam - Zostaw mnie!
Nim Peter zdążył się podnieść, dopadli go jego strażnicy. Złapali wyrywającego się chłopaka i przerzucili przez ramię, niczym starą, wielką lalkę.
- Peter! - zawołałam wyciągając do niego rękę.

   Nie mogą mi tego znów zrobić. Nie mogą mnie z nim rozdzielić. Nie mogą.

   Peter wychylił się i złapał moją dłoń. Uścisnął ją mocno, jakby się żegnał. Podniosłam wzrok i popatrzyłam na niego zrozpaczona. Ale w jego spojrzeniu zobaczyłam, że wcale się nie żegna. Mój brat daje mi do zrozumienia, że jeszcze się zobaczymy. Już nie długo.
- Teraz wszystko się zmieni - powiedział cicho, patrząc mi prosto w oczy.
- Peter - wyszeptałam w ramię Gilberta, gdy się oddalaliśmy.
Patrzyłam przez jego ramię jak strażnicy znikają za ścianą z moich bratem.

   Jeszcze się zobaczymy, powiedziałam sobie.

  Strażnicy wrzucili mnie do celi, nie dbając o to, że przewróciłam się i uderzyłam głową o kamienną podłogę. Świat zawirował, a ból rozlał się po mojej czaszce. Odwróciłam się pospiesznie i zobaczyłam jak zatrzaskują się drzwi.

   Znowu mnie tu zamknęli. Znowu byłam sama. Jeszcze jedna bezsenna noc, przepełniona jeszcze większym smutkiem.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozdział III

   Śnieg topniał. Woda z dachu skapywała tuż przed okienkiem. Okienko to było tak małe, że równie dobrze mogło by go nie być. Odnosiłam wrażenie, że nie wpuszcza do mojej celi ani światła, ani powierza. Było zbyt wysoko, bym mogła się wspiąć i zajrzeć przez nie. Słyszałam jedynie gwar mieszkańców na placu przed zamkiem. Właśnie to sprawiało, że jeszcze nie oszalałam.

   Od kamiennych ścian bił chłód, ale do zimna byłam już przyzwyczajona. W wiosce, gdzie mieszkałam wcześniej, Serdeles, zawsze było zdecydowanie zimniej niż w słonecznej Stolicy. Ciemność też była do zniesienia, a światło przebijające się w dzień przez grube kraty w małym okienku, dodawało chociaż odrobinę nadziei. Obcy ludzie, którzy raz dziennie przynosili jedzenie, nie pozwalali mi cierpieć z głodu.

   Jedynym problemem, była samotność. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać, ale tak bardzo chciałam czuć czyjąś obecność, czyjąś bliskość. Oddzielili mnie od brata. Peter może i tak samo nie wiedziałby co robić, ale byłby tutaj, przy mnie. I to by mi wystarczyło. Bałam się. Każdego dnia wyobrażałam sobie, jak otwierają się drzwi i do celi wpadają ludzie. Co ze mną zrobią? Jak długo mam czekać? Co z moim bratem? Nie znałam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Gdyby chcieli, żebym umarła, chyba nie przynosili by mi jedzenia, nawet tak marnego. Prawda?

   Najgorsze jednak było to, że miałam tak wiele czasu na myślenie. Nie chciałam myśleć. Chciałam zapomnieć, ale nie umiałam. Zabiłam ludzi. Dwóch? Trzech? Kim byli? Nie znałam ich, ale to nie przeszkadzało mi w zadręczaniu się. Zabiłam ludzi. Tyle lat walczyłam o przetrwanie, tyle razy łatwiej było by mi po prostu wypuścić strzałę i przeszyć ciało na wylot, ale nigdy nie posunęłam się do tak okrutnego czynu. Nigdy wcześniej nawet nie przeszła mi przez głowę taka myśl. Tłumaczyłam sobie, że to nie moja wina, że musiałam to zrobić. Byłam wściekła na Petera. To on kazał mi strzelać. To był jego pomysł, nie mój. To on jest winny. Ale takie myślenie tylko powiększało wyrzuty sumienia. Ja też byłam winna. Godziny spędzałam na wyobrażaniu sobie, jak dzielnie zaprzeczam bratu i wpadam na rewelacyjny pomysł, dzięki któremu nikt nie zostaje nawet lekko ranny, my nie zostajemy złapani i odnajdujemy tatę.

   Tata. Naprawdę nam się nie udało? W środku czułam tak potworny ból, że nie byłam w stanie płakać. Całymi dniami siedziałam wpatrzona pustym wzrokiem w ciemną ścianę, a po moich policzkach nie spływały nawet pojedyncze łzy. Za to moje serce ryczało z rozpaczy. Głośno, nie przerwanie i tak bardzo boleśnie.

   I tak mijał czas. Światło, ciemność, światło, ciemność. Słońce, księżyc. Gwar na rynku, cisza. Straciłam rachubę czasu. Mógł minąć tydzień, a mógł miesiąc. Było mi to obojętne. Straciłam wszystko. Zniszczyłam naszą szansę, pozwoliłam nam się złapać, zabiłam niewinnych ludzi, nie znalazłam ojca. Nadeszła noc. kiedy pogodziłam się w końcu z myślą, że umrę w tej smutnej celi. Sama. A serce do ostatniego uderzenia będzie krzyczeć monotonnie.

  I jakby na tę właśnie zgodę czekał los. Kilka godzin później otworzyły się drzwi. Na początku nie zareagowałam. To jedzenie, pomyślałam. Ale odwróciłam wzrok. W drzwiach stał wysoki mężczyzna. Miał tlenione blond włosy i nieco za ostre rysy twarzy, jak na ludzi ze Stolicy. Do celi za nim weszli dwaj inni. Pierwszy- niższy i pulchniejszy o szpakowatych włosach. Drugi- większy i młodszy. Miał rumianą, kościstą twarz, a czarna grzywka opadała mu na czoło, zasłaniając oczy. Oboje mieli na sobie zbroję rycerską w kolorze stali. Mimo widocznej różnicy wieku, byli podobni. Zrozumiałam, że to bracia. Patrzyłam na nich w milczeniu, oczekując aż się odezwą. Ale oni tylko mi się przyglądali.
  - Czekacie, aż powiem "dzień dobry"? - odezwałam się, nie mogąc dłużej znieść ciszy - Jeśli nie, to zostawcie jedzenie i zostawcie mnie.
Popatrzyli po sobie zdezorientowani. Wydawało się nawet że na twarzy młodszego rycerza maluje się lęk. Po chwili ten grubszy spoważniał, ale unikał już mojego wzroku. Ten blondyn, który wydawał się najważniejszy, zmierzył mnie natomiast surowym, zimnym spojrzeniem od stóp do głów. Zadrżałam i mimowolnie przycisnęłam się do ściany, gdy dostrzegłam okrucieństwo w jego niebieskich oczach.
- Czyli to jest ta dziewczynka, tak? - zapytał. Dziwacznie przedłużał sylaby, gdy mówił. Prychnął - Cóż, myślałem że siedzenie tu przez dwa tygodnie nauczy ją nieco pokory. Myśli, że skoro jest na zamku, jest księżniczką.
- Nie prowokuj jej, panie - wtrącił starszy rycerz - Tamten głupi starzec ją zdenerwował, to prawie go zabiła. To wiedźma.

   Łzy napłynęły mi do oczu, kiedy usłyszałam jak mnie nazwał. Wiedziałam już od urodzenia, że jestem czarownicą, ale jeszcze nikt nigdy nie powiedział tego na głos. Obiecaliśmy sobie z Peterem, że nie pozwolimy by ktokolwiek kiedyś tak o mnie powiedział. Ludzie mieli się o tym nie dowiedzieć.
- I to nie byle jaka wiedźma - wysoki mężczyzna podszedł i przyklęknął przede mną. Wszystkie mięśnie mojego ciała napięły się, kiedy chwycił mnie za podbródek. Jego przerażające oczy, były teraz tuż przed moimi - Tak bardzo podobna do matki... Ale te złote oczy, z pewnością odziedziczyła po ojcu...
- Nie tylko oczy. - powiedział starszy rycerz, a w jego słowa wyraźnie dało się słyszeć ostrzeżenie. Stał wraz z towarzyszem nieruchomo przy drzwiach. Oni na mnie nie patrzyli.
- Powiedz, dziewczynko, jak ci się tu siedzi? - zapytał mężczyzna. W sposób w jaki wypowiedział "dziewczynko" dał mi do zrozumienia, że wcale nie ma mnie za człowieka.
Chciałam odpyskować, ale ugryzłam się w język. To mogłoby pogorszyć sytuację.
- Gdzie mój brat? - zapytałam powoli. Wciąż byłam trzymana za podbródek.
Mężczyzna parsknął cicho. Pokręcił głową, na chwilę odwracając wzrok.
  - Zadałem ci pytanie, dziewczynko. Pozwól, że najpierw ty odpowiesz na moje.
- Dlaczego tak? - odważyłam się zawarczeć.
- Bo jestem od ciebie ważniejszy. Ja jestem Namiestnikiem Króla, który teraz jest nieobecny, więc praktycznie ja jestem królem. A ty jesteś wiedźmą.
Przełknęłam ślinę.
- Źle - odpowiedziałam - Źle mi tu.
- Chciałabyś opuścić to miejsce? - spytał przechylając głowę.
Przytaknęłam. Nie chciałam się odzywać. Strach i płacz trzymały mnie za gardło. Z trudem wytrzymywałam jego spojrzenie.
- Cudownie - odparł - A jak masz na imię, dziewczynko?
- Gdzie. Jest. Mój. Brat?
- Powiem ci, co z twoim bratem, jeśli powiesz, jak się nazywasz.
Uznałam, że nie ma sensu kłamać. I tak zdradziłam już swoje nazwisko, które przesądziło o sprawie.
- Jestem Evangeline Bromus - powiedziałam, łamiącym się głosem - Córka Evy i... i... nie znam swojego ojca.
Mężczyzna przytaknął zrozumiale głową. Najwyraźniej takiej odpowiedzi oczekiwał.
- Ja nazywam się Edward Orvosyln - przedstawił się.
- Nie mów jej tego, panie - upomniał go starszy rycerz - Gotowa jest przeklnąć twoje imię.
Namiestnik króla nie odwracał ode mnie wzroku.
- Nie boję się jej, Sebastianie - powiedział spokojnie - Jeśli ktoś ma się tu kogoś bać, to ona mnie.
Te słowa tylko zwiększyły moje przerażenie. Coś było w tym człowieku nie tak. Bardzo nie tak.
- Gdzie mój brat? - powtórzyłam. Byłam wściekła, na to że mój głos z każdą chwilą był coraz bardziej roztrzęsiony.
Edward westchnął. Odpowiedział dopiero po chwili.
- Żyje - powiedział, a ja poczułam jak spada mi kamień z serca. Mimo iż nadal trzymał mnie boleśnie za podbródek, rozluźniłam się - Też jest na zamku.
Edward chyba zauważył delikatny uśmiech ulgi na mojej twarzy, bo po chwili wypowiedział coś, przez co poczułam się jakby to mnie ktoś przeszył strzałą:
 - Powiedz mi, dziewczynko. Twój braciszek zawsze taki małomówny, czy tylko wtedy kiedy mu grozimy?
Otwarłam szeroko oczy. Przez krótką chwilę nie mogłam się odezwać.
- Co? - wydusiłam.
Edward odwrócił się do rycerzy.
- Sebastianie, Gilbercie, nie słyszeliście? Dziewczynce jest źle w jej celi. Zabierzcie ją na spacer.
- Co robicie Peterowi? Gdzie on jest? - zapytałam głośniej. Byłam coraz bardziej przerażona.
Rycerze w drzwiach poruszyli się nerwowo. Wyglądali na przestraszonych i niezdecydowanych.
- Co za ofiary - warknął poirytowany Edward. Ruszył w ich stronę - Kazałem wam stąd zabrać tę wiedźmę! - pchnął ich w moim kierunku.
- Torturujecie go - wbiłam wzrok w Edwarda. Gorące łzy spływały mi po policzkach - Zabierzcie mnie do niego.
- Nie tak prędko, dziewczynko. Nie wątpię, że będziesz miała więcej do powiedzenia niż on. Ale dla ciebie zaplanowałem parę atrakcji - uśmiechnął się złośliwie, a mnie przepełnił jeszcze większy niepokój.

   Sebastian i Gilbert stanęli nade mną. Wymienili spojrzenia i podnieśli mnie. Nie byłam wstanie się szarpać. Wiedziałam, że to nic nie da. Wyszli ze mną na ciemny, długi korytarz.
- Co mu zrobiliście?! - wykrzyknęłam w stronę oddalającego się Edwarda. Nie odwrócił się.
Załkałam głośno i pozwoliłam nieść się milczącym rycerzom. Przeszliśmy przez puste, zimne korytarze, aż w końcu dotarliśmy do wrót. Otworzono je, a do ponurego wnętrza wpadło światło wiosennego poranka. Zmrużyłam oczy, oślepiona.

   Cały plac zatłoczony był ludźmi. Z każdą chwilą robiło się coraz ciszej. Wkrótce, gdy już wszyscy obecni mnie zauważyli, zapadło całkowite milczenie. Bezgłośnie płacząc wpatrywałam się w błękitne niebo. Pojedyncze białe chmury powoli się przesuwały. Kruki robiły koła w powietrzu nade mną.
Wyszliśmy na środek wielkiego placu. Rycerze postawili mnie na nogi. Mogłam uciec. Ale wiedziałam, że i tak by mnie złapali. Nawet użycie mocy nic by nie dało. Poza tym, nie mogłam zostawić brata.

   Spojrzałam przed siebie i serce we mnie zamarło. Długi słup stał pośrodku. Nie miałam już wątpliwości, co teraz nastąpi.

   Sebastian i Gilbert w milczeniu, na oczach milczących, przepełnionych jednocześnie trwogą i nienawiścią mieszkańców Stolicy zaczęli obwiązywać moje nadgarstki grubym sznurem. Następnie obwiązali kostki. A później przywiązali mnie do słupa. Klęczałam przodem do ludu. Spuściłam wzrok i oparłam czoło. Przełknęłam łzy i walczyłam, by nie zapłakać głośno. Zamknęłam oczy.

   Młodszy rycerz, Gilbert, stanął obok mnie i spojrzał na lud. Krzyknął donośnie:
- Mieszkańcy Rellendle, Stolicy Królestwa Dennelii! Oto wielka wiedźma Evangeline Bromus, zaginiona córka przeklętej wiedźmy, zdrajczyni Evy Bromus i króla Bestii z Kalaidardy.



Wiem, że przez dwa tygodnie nie było rozdziałów, ale nie miałam możliwości ich dodać. Przepraszam za to. Teraz już wszystko wraca do normy. Od soboty rozdziały będą dodawane regularnie co tydzień :) Proszę o komentarze! :)
Cassandra

sobota, 11 lipca 2015

Rozdział II

   Obudziła mnie jasność. Słońce przyjemnie ogrzewało moją twarz. Zmrużyłam oczy oślepiona blaskiem, przysłoniłam je ręką. Jęknęłam głośno z trudem siadając. Utrata przytomności pozwoliła mi odzyskać trochę sił, ale wciąż pozostawałam głodna. Byłam pewna, że jeśli za chwilę się nie pożywię, zemdleję ponownie i może już się nie obudzę.

   Przerażona taką perspektywą, postanowiłam zająć myśli czymś innym. Musiałam znaleźć coś, co przykułoby moją uwagę. Musiałam dowiedzieć się, gdzie jestem. Zamroczonym wzrokiem rozejrzałam się dookoła. Ku swojemu zdumieniu rozpoznałam, że znajduję się w jakiejś dużej szopie. Leżę na sianie. Powinnam się już przyzwyczaić, ale źdźbła suchej trawy nieprzyjemnie kuły mnie w ciało. Promienie porannego, zimowego słońca wpadały do szopy przez niewielki otwór w uchylonych drewnianych drzwiach. Kurz unosił się wokoło. Z daleka dochodziły mnie odgłosy miasta: głośne rozmowy, nawoływania, śmiechy, stukot końskich kopyt.

   A więc udało się, pomyślałam i, o dziwo, udało mi się uśmiechnąć. Długie dni ciężkiej, męczącej wędrówki nareszcie się skończyły. Dotarłam do Dennelii. W końcu ujrzę ojca. Peter miał rację: daliśmy radę.

   Peter. Uśmiech natychmiast spełzł mi z twarzy, kiedy uświadomiłam sobie, że nie ma przy mnie mojego brata. Jeszcze raz, nerwowo, omiotłam wzrokiem szopę. Siano, różnorakie narzędzia gospodarcze, stare, zniszczone meble. Ani śladu jasnowłosego chłopca. Już zaczynałam panikować, kiedy drzwi nagle otworzyły się szerzej, wpuszczając do szopy więcej światła, ale też i przenikliwego zimna.
- Peter! - chciałam wykrzyknąć jego imię, ale słabość sprawiła, że to, co wydobyło się z moich ust przypominało raczej charczenie umierającego zwierzęcia niż okrzyk radości.
Peter wspiął się na siano i przysiadł obok mnie. Wyciągnął dłoń, a ja poczułam jak mimo chłodu, ciepło rozlewa się po moim ciele.
- Chleb? - zapytałam z niedowierzaniem. Miałam wrażenie, że nie widziałam niczego do jedzenie od długich tygodni - To dla mnie?
Peter włożył mi do dłoni jeszcze ciepły bochenek. Pragnęłam nacieszyć się widokiem pożywienia, dokładnie obmacać go ze wszystkich stron, rozkoszować się jego świeżą, przepyszną wonią. Poznać go wszystkimi zmysłami, by dopiero na końcu poczuć jego smak, który tak niesamowicie mi się wyobrażał. Odgryzłam jednak połowę bochenka i przełknęłam ją nie zawracając sobie głowy przeżuwaniem. W tamtej chwili mało mnie obchodziło, że nie poczułam tego boskiego smaku. Po chwili po chlebie nie pozostał nawet najdrobniejszy okruszek. Wciąż byłam potwornie głodna, ale czułam się już nieco silniejsza.
- Skąd go wziąłeś? - zapytałam brata, a mój głos brzmiał już zdecydowanie lepiej.
Peter odwrócił wzrok.
- Z piekarni. - odpowiedział krótko.
Znałam mojego brata już niemal trzynaście lat i doskonale potrafiłam rozpoznać kiedy kłamie. Chleb nie był z piekarni. Dobrze o tym wiedziałam. Nie miałam jednak ochoty się z nim sprzeczać. Nie mieliśmy przy sobie żadnych pieniędzy, ani niczego co moglibyśmy wymienić na pieczywo. Byłam pewna, że właśnie zjadłam kradziony chleb.
- Dziękuję - powiedziałam czule głaszcząc go po dłoni - Jak dawno tu przybyliśmy?
- Przed chwilą. Znalazłem tę szopę i zostawiłem cię tu, a sam poszedłem znaleźć coś do jedzenia  dla nas - odparł słabym głosem. Był blady jak ściana, a oczy miał przekrwione.
- Teraz ty powinieneś odpocząć - postanowiłam - Ja będę czuwać, a ty się prześpij.
Pokręcił głową.
- Musimy szukać ojca. W końcu wyszło słońce i jest w miarę ciepło. Nie wiadomo, czy jutro też tak będzie. Nie mam zamiaru włóczyć się po mieście, od drzwi do drzwi, gdy szaleje śnieżyca.

   Jedna z licznych różnic między mną, a Peterem: ja pragnę wyruszyć na poszukiwania ojca już, w tej chwili, bo po prostu chcę go zobaczyć. Peter chce teraz, bo warunki ku temu są aktualnie bardziej sprzyjające.

   Przytaknęłam. Też nie miałam ochoty na powtórkę wędrówki w zimnie i śniegu. Poza tym, jeśli znajdziemy ojca, znajdziemy też porządniejsze schronienie i pożywienie. Nie będziemy musieli znowu kraść.. W wiosce, gdzie poprzednio mieszkaliśmy, często zdarzyło nam się okradać piekarnie, małe, przydrożne sklepiki. Ale staraliśmy się żyć jak najbardziej uczciwie. Trudno jest pogodzić wygodę z uczciwością. Polowaliśmy jednak w lesie na zwierzynę. W tej jednak chwili, mimo iż mieliśmy łuki i kołczany pełne własnoręcznie wykonanych strzał, nie mieliśmy wystarczająco siły, by udać się, do lasu i polować.

   Powoli zaczęłam wstawać. Zmusiłam nogi, by nie odmawiały mi posłuszeństwa i uspokoiłam dezorientujące zawroty głowy. Gdy w końcu udało mi się odzyskać równowagę i przygotować się do dalszej drogi, kontynuowania poszukiwań, drzwi ponownie się otwarły.

   Wzdrygnęłam się i odwróciłam gwałtownie. Do szopy wszedł starszy mężczyzna. Miał siwe rzadkie włosy i był przerażająco chudy. Wielki garb wykrzywiał jego sylwetkę. Stanął w miejcu i wbił rozgniewany wzrok w Petera, który jęknął cicho. Starzec wycelował krzywym, chudym palcem w mojego brata. Przemówił:
- Tu cię mam, zbóju! Nie dość, że kradniesz mój chleb, to jeszcze przesiadujesz w mojej szopie!
Spojrzałam na Petera zbita z tropu.
- Wiedziałam, że kradniesz - powiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego.
Peter wyglądał, jakby nie mógł się zdecydować, czy się wściekać czy płakać. Starzec zwrócił się ku mnie:
- Aha! Czyli ty też jesteś w to zamieszana!
Błyskawicznie uniosłam dłonie do góry.
- Nie! Proszę pana, niech pan zaczeka. Da mi wytłumaczyć... - zaczęłam starając się zachować spokój.
- Tu nie ma czego tłumaczyć! - przerwał mi - Wstrętne dzieciaki!
- Wzięliśmy tylko dwie kromki chleba i na chwileczkę zatrzymaliśmy się w tej szopie - odezwał się Peter - Przepraszamy bardzo, jeżeli to pana...
- Milcz, ty złodzieju! Trzeba się było zatrzymać, kiedy cię wołałem. Teraz dostaniesz dwa razy mocniej! - zagroził mu mężczyzna.
- Nie będzie pan bił mojego brata! - wykrzyknęłam tracąc kontrolę. Zastanawiałam się, czy wszyscy mieszkańcy Denneli są właśnie tacy? Czy tata też taki jest...? Modliłam się w duszy, by człowiek przede mną, nie okazał się moim ojcem - Byliśmy głodni i zmęczeni! Mój brat próbował pomóż.
Starzec zmierzył mnie lodowatym wzrokiem. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała nieco za szybko. Wyglądał na porządnie wyprowadzonego z równowagi.
- Myślisz, niesforna dziewucho, że to was usprawiedliwia? - wypalił w końcu - Kradzież to kradzież. Twój brat przed mną uciekał, kiedy za nim krzyczałem. A na dodatek, siedzicie sobie w mojej szopie, wśród moich rzeczy. Co mam sobie o tym myśleć, hę?
- Może najpierw nas pan wysłucha, a potem zacznie myśleć, hę? - przedrzeźniałam go.
Ups!, pomyślałam i skrzywiłam się, widząc jak coraz większe niezadowolenie maluje się na jego pomarszczonej twarzy.
- Jesteś jeszcze gorsza, niż ten twój brat - warknął - Nie ma niczego za darmo. Zapłacicie mi za chleb, przesiadywanie w mojej szopie, lekceważenie mnie, denerwowanie i chamskie obrażanie.
- Nikt pana nie obraża! - sprzeciwił się Peter.
- Z wyjątkiem tej panienki - starzec machnął pogardliwie ręką w moją stronę - Dlatego jej dostanie się pierwszej.

   Ruszył w moim kierunku. Poruszał się o wiele szybciej niż można by się spodziewać. Cofnęłam się o krok, nie wiedząc co robić, ani co powiedzieć. Mężczyzna uniósł groźnie dłoń, przygotowując się do uderzenia. "To tylko stary, bezbronny dziadek", powtarzałam sobie. "Nie może zrobić mi krzywdy". Z drugiej strony, ten dziadek wyglądał na bardzo rozgniewanego i silnego. A ja byłam zmęczona, głodna i obolała.

   Peter rzucił się na starca, odpychając go kilka metrów w bok. Mężczyzna wydał zduszony okrzyk i z trudem utrzymał się na nogach. Pacnął ręką w ramię mojego brata, ale to widocznie nie zrobiło na nim wrażenia. Peter otworzył usta, by coś powiedzieć, kiedy starzec chwycił stojący na starym, zakurzonym stole duży granatowy garnek i z całej siły uderzył nim w głowę chłopca. Peter krzyknął krótko i złapał się za głowę, usuwając się na kolana.

Cudownie, nie przewidziałam, że stary, bezbronny dziadek może być władcą garnka. Przestraszona przycisnęłam się do ściany.
- Przepraszamy! - pisnęłam - Proszę nam wybaczyć! Szliśmy tutaj przez wiele dni. Szukamy ojca. Chcieliśmy tylko nabrać sił...
- Musicie mi zapłacić! - powtórzył starzec przybliżając się. Przygotował garnek.
Wiedziałam, że za chwilę poczuję ból. Że ten niezwykle silny, uparty i nie do końca normalny dziadek, będzie tłukł mnie swoim garnkiem, aż do nieprzytomności. Zacisnęłam powieki, zacisnęłam dłonie w pięści. Nie miałam siły, by znosić kolejne męki. Chciałam tylko odnaleźć w końcu tatę. Skupiłam się, pragnąc zemdleć sama niż okładana zardzewiałym naczyniem. Tak bardzo nie chciałam, by ten dziadek mnie pobił...
- Evanglelino, nie! - krzyknął Peter ostrzegawczo.

   Otworzyłam oczy, by zerknąć. Usłyszałam donośny trzask łamiącego się drewna, tuż po mojej lewej. Coś wybiło ścianę. Przed moją twarzą przemknęła gałąź drzewa, które stało obok szopy. Sucha, gruba gałąź zmierzała w kierunku na w pół przerażonego, na w pół zdziwionego starca. Nim zdążył krzyknąć, uderzyła go w brzuch odrzucając dobre kilka metrów w tył. Mężczyzna z wrzaskiem uderzył w szafę po drugiej stronie szopy. Drzewo tymczasem zaczęło się cofać. Ponownie przemknęło tuż przed moim nosem i gałąź wróciła na swoje miejsce.

  Nie żebym się bardzo zdziwiła. To się już zdarzało. Ale nigdy nie przy ludziach. Osłupiała stałam w miejscu, podczas gdy Peter podbiegł do starca. Leżał na ziemi, podparty na łokciach i patrzył na mnie z niedowierzaniem. Ale w tych oczach rozpoznałam coś jeszcze. Nie miałam wątpliwości, za dużo razy już to widziałam. To był lęk.
- Nic się panu nie stało? - zapytał Peter, klękając przed nim.
Nie odpowiedział. Wpatrywał się we mnie, a ja w niego. Na około zaczął zbierać się tłum ciekawskich. Ludzie gapili się to na mnie, to na starca, to na Petera, ale ich uwagę przykuła przede wszystkim dziura w ścianie. Nikt nie ośmielił się zainterweniować. Mówili przyciszonym, podenerwowanym głosem i obserwowali dalszy rozwój wydarzeń.
- Proszę pana, nic panu nie jest?! - zawołał Peter.
Chłopiec odwrócił głowę i popatrzył na mnie przez ramię. Na jego twarzy malowało się takie przerażenie i troska, że natychmiast ochłonęłam z szoku. Powoli podeszłam do brata. Przysiadłam na piętach tuż przed starcem i spojrzałam na niego, starając się pokazać mu oczami, jak wielkie było moje poczucie winy.
- Ja... przepraszam. Przepraszam pana bardzo - powiedziałam.
Świdrował mnie wzrokiem tak bardzo, że aż poczułam dyskomfort. Mimo to, cały czas odwzajemniałam jego spojrzenie.
- To ty... To ty to zrobiłaś? - wymamrotał w końcu. Uniósł trzęsącą się rękę i przez dziurę wskazał drzewo, które teraz wyglądało zupełnie zwyczajnie. Tak jakby przed chwilą wcale nie miotało się po szopie bijąc ludzi zgodnie z moją wolą.
Wymieniłam spojrzenia z Peterem. Szepty stawały się coraz głośniejsze. Przepełnione coraz większym strachem.
To miała być tajemnica.
- Jak nazywa się wasza matka? - zapytał ktoś z tłumu.
Podniosłam wzrok. Nie potrafiłam rozpoznać, kto zadał pytanie. Dlaczego teraz mnie o to pytają? Nim zdążyłam się zastanowić, odpowiedziałam:
- Nasza matka nie żyje. Nazywała się Eva Bromus.

   Wystarczyło jedno spojrzenie na brata, bym zorientowała się jak wielki błąd popełniłam odpowiadając. Dobiegły nas ciche okrzyki, westchnienia przerażenia. Czułam coraz większy niepokój. Czułam, że jest źle.
- To oni... - wymamrotał starzec. Wyglądał jakby zobaczył ducha. Gwałtownie zaczął się wycofywać.
- Czy ktoś wyjaśni nam, o co chodzi? - zapytał Peter, a w jego głosie wyczułam strach.
- To oni... - powtórzył starzec, jak w transie.
 - Myślałem, że już nie żyją - odezwał się ktoś.
 - Byłam pewna, że umarli na samym początku - zawtórowała mu jakaś kobieta.
 - Wiecie, co to oznacza?
 - Niebezpieczeństwo...
 - Czy nagroda dalej jest aktualna?
Nie mogłam znieść tych wszystkich oczu wlepionych w nas.
- Schwytać ich! - usłyszałam - Schwytać ich i przyprowadzić przed oblicze królowej. Ta dwójka musi zginać!

   Jeśli komuś nie wystarcza taka groźba, to z całą pewnością zmusi go do ucieczki widok kilkunastu par rąk wyciąganych nagle w jego kierunku i zbiorowy, przyprawiający o dreszcze okrzyk. Peter złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę dziury, którą stworzyłam. Nie przeciwstawiałam się.
Wybiegliśmy na ulice. Ludzie zatrzymywali się patrząc z dziwieniem na pogoń. Nasi myśliwi nawoływali ich, by pomogli. Powtarzali nazwisko naszej matki, krzyczeli o atakującym drzewie. Niektórzy się do nich przyłączali, ale większość wydawała się zdezorientowana lub zbyt przestraszona. Byli tacy, co uciekali nam z drogi. Nie wiedziałam, gdzie podążamy.

- Co się dzieje?! - zawołałam do Petera w biegu.
Nie odpowiedział. Zamiast tego sięgnął do swojego kołczana i wyciągnął strzałę. Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem.
- Co ty wyprawiasz?! Chyba nie masz zamiaru ich zabić? - zapytałam.
Popatrzył na mnie. Widziałam jak walczy sam ze sobą, widziałam jego niezdecydowanie i bezsilność.
- Nie mamy wyboru, Evangelino - powiedział - Strzelaj.
Poczułam się, jakby ktoś wbił mi nóż w serce. W życiu nie słyszałam gorszych i bardziej pustych słów z ust mojego brata.

   Nałożył strzałę na cięciwę i wypuścił ją. Po ułamku sekundy usłyszałam krzyk bólu. Peter nie patrząc na to co uczynił, sięgnął po kolejną strzałę. Biegłam przed siebie, ale nie spuszczałam wzroku z jego twarzy.
- Strzelaj! - powtórzył.
- Chcesz ich wszystkich zabić? - powtórzyłam raz jeszcze.
- Strzelaj! - tym razem w jego głosie pobrzmiewała wyraźna rozpacz. Wiedziałam, że on wcale tego nie chce - Strzelaj, inaczej oni nas zabiją! Nie znajdziemy ojca, nie dowiemy się, o co w tym wszystkim chodzi!

   Czułam się paskudnie. Wiedziałam, że robię coś bardzo złego, coś nie wybaczalnego. Przecież mogłam znaleźć inne, lepsze wyjście. Wcale nie musiałam tego robić. Ale zrobiłam to.
Oderwałam wzrok od brata. Wyciągnęłam strzałę, nie zatrzymując się wymierzyłam ją w jakąś kobietę. Puściłam. A strzała poszybowała kilka metrów i wbiła się w jej szyję. Gardłowy krzyk, wytrysk krwi, wielkie, szkliste oczy. Nie chciałam widzieć więcej. Wyciągnęłam kolejną strzałę.
Zabiłam pierwszego człowieka. Przecież mogłam znaleźć inne wyjście.

   Nim zdążyłam się zorientować, coś ciężkiego uderzyło mnie w głowę. Świat zawirował, po czym zapadłam w ciemność. Jak zza grubej ściany usłyszałam krzyk Petera, a następnie donośny ryk mieszkańców.

   Złapali nas. Ale nie obchodziło mnie to. Nawet nie zastanawiałam się, co to oznacza. Jedyne o czym myślałam to to, że ofiara tamtych ludzi poszła na marne.

   Ta ponura myśl towarzyszyła mi, gdy ktoś mnie podźwignął. Po raz drugi straciłam przytomność. Tym razem już nie w ramionach mojego brata.

sobota, 4 lipca 2015

Rozdział I

Głód był nie do wytrzymania. Zgięta wpół szłam chwiejnym krokiem za moim bratem. Objęłam się mocno ramionami i skurczyłam chroniąc przed zimnem. Lodowaty wiatr rozwiewał moje włosy, kruczoczarne nie długie loki, a śnieg prószył w oczy, uniemożliwiając widzenie. Przy każdym kroku, wszystkie mięśnie moje ciała drżały z wyczerpania, bólu i zimna. Każdy krok wydawał się tym ostatnim. Jeszcze jeden i się przewrócę. Za każdym kolejnym powtarzałam sobie "Jeszcze tylko jeden, Evangelino. Jeszcze jeden". I w ten sposób z każdym kolejnym krokiem byłam coraz bliżej Stolicy krainy Dennelii, wzniesionego na trzech sąsiednich wzgórzach, otoczonego murem miasta Rellendle.

Starzec, którego przypadkiem spotkaliśmy w wiosce Serdeles powiedział, że zna naszego ojca. Mówił, że nie ma wątpliwości iż ja i Peter jesteśmy dziećmi jakiegoś zamożnego mieszkańca Stolicy o nazwisku Bromus. Wskazał nam drogę i powiedział, byśmy pytali ludzi o tego człowieka. Jak mogłoby zareagować dwoje młodych ludzi, którzy całe życie byli przekonani, że są sierotami? Pozostawieni na pastwę losu, samotni, ubodzy i zdani tylko na siebie wzajemnie? Ruszyliśmy do Dennelli. Jakkolwiek to zachowanie wydaje się być nieprzemyślane i pochopne, a nawet głupie, odżyła w nas nadzieja. Zwyciężyła wszystko i poprowadziła nas.

 Im bardziej byłam zmęczona, im bardziej dotkliwie dokuczał mi ból, zimno i głód, tym ona, nadzieja, zdawała się rosnąc. Pchnęła mnie dalej, zmuszała do każdego kroku. A im bliżej celu byłam, tym większe podekscytowanie i ciekawość czułam. Wyobrażałam sobie jak wbiegam w ramiona wzruszonemu do łez ojcu. On śmieje się i przytula mnie do siebie. Chociaż nigdy wcześniej się nie widzieliśmy, cieszyliśmy się na swój widok. Chociaż matka mówiła, że porzucił nas jeszcze przed naszymi narodzinami, nie czułam gniewu. To mój ojciec. Nakarmi mnie, ogrzeje, pokocha. Obcy starzec dał mi nadzieję, a ona każe mi wierzyć.

W końcu jednak kolana ugięły się pode mną i na pół z jękiem, na pół z westchnieniem, przewróciłam się wpadając do śniegu. Upokorzona, podparłam się na roztrzęsionych rękach i usiadłam na piętach. Dłonie szczypały mnie niemiłosiernie po tym jak dotknęłam zimnego śniegu. Czułam mdłości,ale mój żołądek był pusty, przez co męczyłam się jeszcze bardziej. Po raz kolejny zastanowiłam się, który dzień już idziemy, który dzień już nic nie jadłam. Mimo wszystko cieszyłam się, że przewróciłam się dopiero po raz pierwszy... Albo to był już dziesiąty?

Peter odwrócił się i przyklęknął przede mną. Spojrzał na mnie swoimi ciepłymi brązowymi oczami, ale nie odezwał się. Nie potrafiłam rozróżnić czy jest na mnie zły, czy raczej się martwi. Na jego twarzy zawsze malowała się troska.
- Nic mi nie będzie - powiedziałam z trudem łapiąc oddech - Potrzebuję tylko chwili odpoczynku.
Smutno pokręcił głową. Wyglądał jakby też miał za chwilę zemdleć.
- Nie możemy, Evangelino. Jest za zimno - powiedział - Jesteśmy już blisko.
Wiedziałam to. Widziałam już Dennellię i zdawało się, że od celu dzielą nas już tylko jakieś trzy kilometry. To przecież tak niewiele. A mimo to nie dawałam rady. Czułam się, jakby mój żołądek pożerał mnie od środka, wysysał ze mnie energię. Przestraszyłam się, że ta czarna dziura pochłonie również tę nadzieję, moją przewodniczkę. Popatrzyłam błagalnie na brata.
- Jestem tak bardzo... bardzo głodna - wymamrotałam, chociaż wiedziałam, że i tak nie ma mi co dać, a wypowiedzenie tych paru słów kosztowało mnie więcej energii niż mogło by się wydawać.
- Wiem, ja też. Przed chwilą myślałem nad tym by cię zjeść.
- To nie jest najlepszy czas na żarty. Umieram!
- Kiedyś mówiłaś, że chcesz się śmiac w ostatniej chwili swojego życia. Spełniam twoje życzenie.
- Dzięki, że już we mnie zwątpiłeś. Wcale nie umieram. Po prostu... po prostu nie mam siły, by dalej iść.
Peter zerknął przez ramię na miasto.
- Proszę, Evangelino. Tam na pewno ktoś da nam coś do jedzenia. Znajdę miejsce, gdzie będziesz mogła odpocząc - obiecał - Ale chodźmy.

Już miałam powiedzieć "To idź" i kazać mu, by mnie tu zostawił i sam dotarł do Stolicy, ale wtedy przypomniałam sobie, że przecież tam czeka ojciec. Po co jakiś na pół ślepy starzec miałby nas okłamywać? Mój ojciec tam jest. Pewnie zostawił nas, bo miał ważny powód. Pewnie żałuje tego codziennie. Pewnie co noc wyobraża sobie, jakby to było gdyby nas nie zostawił. Marzy o tym, by spotkać swoje dzieci i podarować im miłość. Marzy by odwdzięczyć im się za te wszystkie lata, kiedy same próbowały przetrwać. Jeśli to prawda, nie mogłabym go przecież zawieść. Musi zobaczyć swoją córkę. Musi być dumny z tego, że nie poddała się i resztką sił dotarła do miasta, tylko dla siebie i dla niego. Nie mogę tego zepsuć. To tylko głupi głód, skarciłam się w myślach. Głupie zimno. Głupia słabość. Tak. Głupie. Ale bardzo ograniczające...

Chociaż mroczki tańczyły mi przed oczami, a świat wirował na około mnie, podniosłam się z trudem. Każdy silniejszy podmuch wiatru zdawał się, próbować ponownie zrzucić mnie na zaśnieżoną ziemię. Co gorsza, powoli zaczynałam tracić świadomość. Przypominałam sobie, jak na początku wędrówki mówiłam Peterowi, że będę biec przez całą drogę i jedyne co mnie zatrzyma to silne ramiona ojca. To tylko wiatr, zimno i głód. Nie ramiona ojca. Wiatr, zimno i głód nie może mnie zatrzymać.

Peter wstał powoli i chwycił mnie za ramię, pomagając odzyskać równowagę.
- Damy radę - powiedział - To kawałeczek w porównaniu do tego, co przeszliśmy.
Spojrzałam na niego zamroczonym wzrokiem.
- A ty jak się czujesz? - zapytałam. Głupie pytanie. Oczywiście, że czuł się fatalnie. Po prostu nie chciałam, by myślał, że jestem aż tak słaba.
Uśmiechnął się tak, jakby miał za chwilę zgiąć się w pół i zwymiotować.
- Za chwilę zamarznę. Więc ruszmy się, błagam - odparł. Pochylił się wbijając wzrok w ziemię. Objął moją dłoń i zaczął ciągnąc do przodu.

Kusiło mnie, żeby poprosić go, by zaniósł mnie na rękach i by puścił mnie dopiero po to, by przekazać mnie ojcu. Ale nie chciałam stracić dumy, satysfakcji, że pokonałam tę całą odległość na własnych nogach. Poza tym wiedziałam, że nie tylko ja źle się czuję. Jakkolwiek mocno tego pragnęłam, nie mogłam go tak wykorzystać.

Ale jednak spełniło się moje marzenie. Tak bardzo byłam wściekła i sfrustrowana, gdy po raz kolejny przewróciłam się i już nie dałam rady się podnieść. Ale nie miałam siły, by chociaż uderzyć pięścią w ziemię, czy skarcić samą siebie za bezsilność. Powinnam być silna. Kiedy tylko Peter bez słowa wziął mnie na ręce, pokryta białym śniegiem, rozległa i pagórkowata łąka przemieniła się w czarną, bezkresną otchłań, a ja nawet nie próbowałam się przeciwstawiać jej dziwnemu i niezwykle silnemu przyciąganiu.


Mam nadzieję, że pierwszy rozdział się podobał :) Komentujcie, proszę :)

Princess Cassandra

O czym będzie opowieść...

Tajemnicze średniowiecze. Dwa odrębne światy. Groźba wojny. Nadciągające cienie. Mityczne stwory. Niewypowiedziane prawdy. A pośród tego jedna dziewczyna. Przeklęta dziewczyna.

Osierocona Evangelina posiada niezwykły dar. Doskonale wie, że wyjawienie go przed ludźmi grozi śmiercią. Jednak nie potrafi kontrolować tajemniczych umiejętności. W obliczu niebezpieczeństwa używa niezrozumiałej mocy, a wówczas, jedynym co ratuje ją od straszliwej kary jest nadciągająca wojna. Nieznane wcześniej dziewczynie istoty chcą zaatakować Królestwo. Co więcej, władca owianych tajemnicą Kalaidarczyków okazuje się być ojcem Evangeliny, a takich jak ona nazywa się Przeklętymi.

Pragnąc poznać historię swojej rodziny, zrozumieć i nauczyć się kontrolować się swoje Przekleństwo, zapobiec wojnie, a także uciec przed karą śmierci, dziewczyna zgadza się wyruszyć w podróż do Kalaidary. Ma za zadanie osłaniać upartego i niezwykle denerwującego młodego księcia Williama. Towarzyszą im młody rycerz Gilbert i brat Evangeliny, który także skrywa pewien sekret.

Podróż okazuje się niełatwa, a dodatkowo ktoś cały czas pragnie uniemożliwić młodym ludziom dotarcie do celu...



Kolejne rozdziały będą dodawane co tydzień w soboty :) O zmianach informować będę wcześniej :)

Zapraszam do czytania i komentowania!

Princess Cassandra

Witam!

Witam na moim blogu wszystkich Czytelników, za równo młodszych jak i starszych :)

Jeżeli jesteś fanem opowiadań fantasy to dobrze trafiłeś! Zapraszam Cię do przeczytania tej historii. Mam nadzieję, że Ci się spodoba. Twoje zdanie jest dla mnie bardzo ważne, dlatego komentuj, proszę, rozdziały i wyrażaj swoją opinię. Pozytywna, czy negatywna- doda mi wytrwałości i siły.

To już mój drugi blog z opowiadaniami, n- te opowiadanie, lecz pierwsza historia fantasy. Mam nadzieję, że czytając ją, miło spędzicie czas :)

Myślę, że część moich przyszłych Czytelników także pisze swoje opowiadania. Z chęcią poczytam i Wasze dzieła, więc zostawiajcie po sobie ślad. Wymieniajmy się spostrzeżeniami i wspierajmy siebie wzajemnie :)

Zapraszam i pozdrawiam gorąco!

Princess Cassandra